Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X X

sobota, 8 października 2016

Julia Marcell - ''Proxy'' [recenzja]

Słuchając tego albumu, myślę właśnie, jak dziwnie być człowiekiem, a szczególnie człowiekiem w XXI wieku. W końcu jest! Pewnie spytacie: „Jak to? Przecież nie tak dawno temu pani Julia wydała album”. Już uprzedzam Wasze pytanie. Otóż wreszcie doczekaliśmy się albumu po polsku i to z jakim rozmachem!  Jest to na pewno objawienie na polskiej scenie muzycznej, dlatego nie mogłem nie napisać nic na temat „Proxy, mimo że album został wydany już jakiś czas temu.  Przyjrzyjmy się zatem bliżej temu, co Julia Marcell chce przekazać swoim słuchaczom. 



Tradycyjnie zacznę od okładki: wreszcie mamy coś wartego uwagi od strony plastycznej. Okładka ilustrowana z przepychem, dużo tu bałaganu i kiczowatych przedmiotów, ale to jest piękne! Znajdziemy na niej wszystko, co jest na płycie: mały galimatias, drobny świat Julii. Pomimo wywołanego wrażenia chaosu nie burzy on u widza uczucia spokoju. Dzieje się tak za sprawą pozy i miny przedstawionej artystki, które emanują beztroską. Czarne i białe barwy stanowią motyw przewodni okładki. Łączą się z innymi kolorami, czasem intensywnymi, częściej jednak uciekającymi w zimniejsze, wyblakłe klimaty. Okładka ta jest na pewno jedną z najładniejszych okładek tego roku, jakie miałem zaszczyt prezentować! 


Zwiastunem albumu był singiel „Andrew”. Pierwsza moja myśl: „Na pewno będzie po angielsku”. Przyznam się, że słuchając go, byłem pod ogromny wrażeniem. Było po polsku, i to jak! Wałkowałem ten kawałek non stop, mając nadzieję, że album, który nadchodził lada moment, będzie w całości po polsku! Przyjrzyjmy się teraz muzyce. 


Trudno jest określać gatunki w dzisiejszych czasach, a szczególnie jeżeli mamy do czynienia z twórczością Julii Marcell na tej płycie. Mówi się o artystce, że jest przedstawicielką gatunku alt-pop, ale przy tym krążku muzyka wyłamuje się spod jakichkolwiek kategorii. Dźwiękowo jest to płyta na miarę XXI wieku, jest alternatywnie i kobieco – przede wszystkim kobieco. Niektórzy zarzucają wokalistce, że poszła w stronę przebojowości kosztem kompozycji, które są proste i nie tak kunsztowne jak choćby w „June”. Ja jednak jestem odmiennego zdania. Uważam, że płycie nie brakuje nic pod względem muzycznym. Muzycy zostawili dużo przestrzeni dla piosenkarki, aby ta mogła swobodnie poruszać się wokalnie. Czy jest bardziej przebojowo? To prawda, jednak na pewno nie ma tutaj prostych kombinacji. Po prostu kompozycje są inaczej rozłożone, tak by zaakcentować większą lekkość i swobodę. I rzeczywiście czuć tę świadomą zabawę z formą utworów. Jest też bardziej melodyjnie i alternatywnie niż dotychczas, co tylko dodaje uroku niniejszej płycie. 


Jeśli o mnie chodzi,  to zakochałem się przede wszystkim w linii basowej piosenek, która jest bardzo wyraźna, co ostatnio na płytach nieczęsto się zdarza. Znakomicie słychać ją zwłaszcza w utworze „Wstrzymuję Czas”, gdzie nadaje wrażenie ruchu i słuchacz ma ochotę raczej iść niż się zatrzymać!  Basowi ustępuje na krążku nawet perkusja, będąca jedynie jego rytmicznym tłem. Momentami wydaje się, że perkusja niepotrzebnie się zapętla, i może to jedyna wada muzyczna tego albumu. Oprócz basu i perkusji da się słyszeć motywy klawiszowe z elektronicznymi dźwiękami, nadającymi  piosenkom nowoczesnego brzmienia. Utwory nie stronią także od dobrych dźwięków gitary, co wyraźne jest w utworze „Tetris”. Mamy w nim nieco funkowy klimat z dobrymi motywami na gitarze. W dzisiejszej muzyce jest bardzo dużo gitary, a tutaj ciekawa odmiana: gitarę podano jako smaczek, w efekcie czego aż miło jej nasłuchiwać, szczególnie w takim wydaniu jak w „Tetrisie”. Wszystko zamyka głos Julii. Czasem ma się odczucie, że ucieka ona nieznacznie w stronę Katarzyny Nosowskiej, jednak nie jest to na tyle wyczuwalne, by posądzać wokalistkę o odtwarzanie innej artystki. Jest natomiast coś takiego w głosie Julii Marcell, co przyciąga uwagę: delikatność i kobiecość w czystej postaci. Chce się go słuchać i słuchać, niemalże wchłaniając w siebie. Najbardziej podoba mi się w piosenkach „Tarantino” oraz  ”Tetris”. 



Co do tekstów, to mam wrażenie, że każdy człowiek odnajdzie w nich siebie, jak w lustrze. Julia Marcell naigrywa się (przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie) z problemów ludzi żyjących w dzisiejszych czasach, choć za ośmieszeniem kryje się smutek, że przyszło nam żyć w świecie, w którym trudno znaleźć prawdziwą miłość, a ludzie pochłonięci są seksem i wulgarnością. Ironiczne ujęcie współczesnej rzeczywistości spaja poszczególne utwory, dzięki czemu są one niczym jedna wielka opowieść, z piosenki na piosenkę pochłaniająca słuchacza. Może teksty nie zaskakują kunsztem językowym czy wartością artystyczną, ale są oryginalne, dające do myślenia, momentami dosadne. Trudno tu o liryzm, skoro tematy są mało poetyckie. To jednak nie mankament, wprost przeciwnie: trzeba dużej odwagi i dystansu do siebie, by śpiewać choćby o profilach z portali randkowych („Andrew”). 


Chyba kręci mnie kapitalizm, chyba podnieca wyzysk i nadmiar. Mówisz: To normalne, to normalne, nie martw się, kochanie! – o takim właśnie zepsuciu śpiewa Julia Marcell. Ma świadomość, że sami w nie brniemy, gubimy się w tym, toniemy, a potem trudno jest nam odnaleźć samych siebie i prawdziwe wartości. Wchłaniamy zniekształconą rzeczywistość , rutyną staje się pogoń za sukcesem, nie ma miejsca na autentyczność. 


A tak zgodnie z piosenką „Tesko” wygląda współczesna miłość: Czy jeszcze pamiętasz, jak na pierwszej randce zabrałeś mnie do McDonalda? W dziwnej podniecie drżały mi palce.../ Tu wszystko cicho namawia do grzechu.../ Kochaj mnie w tesco bez pośpiechu. Brak w niej uczuć i emocji. Pozbawiona wyjątkowości sprowadzona zostaje do prozaicznej czynności, to zwykły kontakt cielesny, o którym decydują ludzkie żądze. 

Przedstawiając to, co dotyka ludzi z drugiej dekady XXI wieku, artystka nawiązuje do klimatów lat 80-tych ubiegłego stulecia. Niekiedy przytacza po prostu słowa Urszuli i Lombardu, co też jest interesującym zabiegiem, bo ożywia niegdysiejsze przeboje. Każda z kompozycji jest o czymś istotnym, nie ma tu banalnych treści. Najmocniejszymi utworami na tej płycie są „Tesko”, „Tetris” oraz „Ministerstwo Mojej Głowy”, jednak i pozostałe piosenki są odważne i bezpośrednie. Trafnie przedstawiają współczesną rzeczywistość, podporządkowaną konsumpcjonizmowi, mediom czy polityce. Tego brakuje w dzisiejszej muzyce: odwołań do tego, co nas otacza, do codzienności, do płytkości współczesnych związków i prymitywnych wartości. To mało efektowne tematy, a jednak! Naprawdę czasami wystarczy, aby teksty odwoływały się do rzeczywistości. 


Jedno pytanie do pani Julii Marcell: „Dlaczego tak krótko?!”. Album budzi niedosyt, dlatego apeluję, aby następny krążek był zwiększony przynajmniej o trzy albo dwa utwory.

Podsumowując, uważam, że jest to jeden z najlepszych albumów tego roku. Mamy na nim świetne teksty z przekazem, dopełnione równie udaną muzyką i wspaniałym głosem wokalistki. Całość tworzy spójne dzieło, któremu mało co można zarzucić, i dlatego oceniam je na 8 w skali 10-punktowej. Trochę za krótko i coś przeszkadza mi w perkusji, jednak są to niuanse i rzecz gustu.  Mam nadzieję, że kariera Julii Marcell będzie kwitła, a nas w dalszym ciągu piosenkarka raczyć będzie ciekawymi przemyśleniami, koniecznie po polsku.  Liczę, że już niebawem znajdą się na kolejnej płycie. Teraz jednak dajmy rozkwitnąć albumowi „Proxy”. Na pewno wrócę do niego. Po czterokrotnym przesłuchaniu krążka robię przerwę na przemyślenie zawartych na nim treści, a skoro tak, to znaczy, że nie pozostawia słuchacza obojętnym. Powodzenia i do zobaczenia gdzieś na koncercie! 

Recenzja: Przemek Ustymowicz
Korekta: Mariola Rokicka
Link do płyty: https://play.spotify.com/album/2cOrm2yAtz9F2siLLrvIbR
Czytaj dalej »

piątek, 7 października 2016

Ukeje - „ỤZỌ” [recenzja] ''Trafiło się jednorazowe szczęście...''

Do programów typu talent show podchodzę sceptycznie, zapewne jak wiele innych osób. Reżyserowane wystąpienia, emocje i zawsze  jakiś uczestnik z niezwykłą historią, który mimo braku talentu nią podbija serca widzów. I tutaj niestety się złapałem! Debiutancka płyta Damiana Ukeje, zwycięzcy pierwszej edycji programu The Voice of Poland, zatytułowana jego nazwiskiem przeszła obok mnie niezauważenie. Dopiero teraz po nią sięgnąłem w ramach porównania z nową płytą piosenkarza. Na pewno jest bardziej dojrzale, i to chyba najlepsze określenie ỤZỌ”.



Tradycyjnie zacznę od oceny okładki płyty. Według mnie prezentuje się ona ciekawie. Jaskrawe barwy: żółta i czerwona świetnie współgrają z czarno-białym zdjęciem samego artysty, zamyślonego, może nawet przejętego albo smutnego. Same napisy nawiązują do dwóch kultur: Europejskiej oraz Afrykańskiej. Jest coś niezwykłego w tej okładce. Prosto, jednak nie jest to okładka robiona, na odczep się! 

Płyta posiada dość tajemniczy tytuł. Zrozumieć go można, poznając historię piosenkarza, bo nawiązuje do lgbo – języka jego ojca, Nigeryjczyka. ỤZỌ w tym języku oznacza drogę, i rzeczywiście  prezentowany krążek jest właśnie taką drogą. Słuchając go, wybierzemy się w nią i na swój sposób będziemy mogli doszukać się podczas niej samych siebie. Ale o tym później.

Teraz o muzyce. Nowy krążek artysty na pewno jest dojrzalszy od poprzedniej płyty, bardziej rockowej, nieco nierównej i chaotycznej. Ukeje rozwinął się muzycznie i wraca do słuchaczy z niezwykłym krążkiem, przemyślanym i dopracowanym. Pod względem muzycznym płyta jest niezmiernie klimatyczna. Zawarta na niej muzyka przywodzi na myśl wysokie góry i morderczą wspinaczką na  szczyt, podczas której wielokrotnie chce się zrezygnować, ale coś dalej nas niesie i w końcu zdobywamy upragniony cel. Takiego tempa nadają ciekawe, wyraźnie podkreślone rytmy perkusyjne, które, kiedy trzeba, wyciszają się i przechodzą w bardziej klimatyczne dźwięki. Często muzycy wykorzystują też rozwiązania elektroniczne. Zwłaszcza bębny robią wrażenie, tworzą niepowtarzalny klimat, dodają nowoczesności. Szczególnie podobają mi się w „Tu i Teraz”.  



Co ważne, utwory, choć muzycznie bardzo urozmaicone, są oszczędne w środkach wyrazu. Nie ma tu niepotrzebnego przepychu i nakładania wielu instrumentów na siebie. Zadbano o sekcję rytmiczną,  co jest istotne, gdyż głównie perkusja może nadać wrażenia ruchu i zapewnić  odbiorcom inne słuchowe doznania. Zaplanowano każdy najdrobniejszy motyw, w efekcie czego nie ma przypadkowych brzmień.  Jest za to przestrzeń i to ile przestrzeni! Przeważa gitara akustyczna, co wyjątkowo lubię, i myślę, że to ona dodaje płycie lekko folkowych klimatów, jednak w rozsądnych granicach. Duże brawa należą się muzykom za wyczucie i muzyczną równowagę: kiedy trzeba, słyszymy klawisze i różne syntezatory, a milkną, gdy nie są potrzebne. Brawa też za to, że potrafią oni za pomocą instrumentów wydobyć  jak najwięcej emocji. I jest to jedna z zalet, jesteśmy raczeni, oprócz emocjami z tekstów, to także emocjami wypływającym prosto z muzyki, która jest niepowtarzalna!



Utworem świetnie zbilansowanym pod względem muzycznym jest „Stan Nieważkości”. Mamy tu klimatyczne przerwy, kiedy da się słyszeć same bębny. Artyści operują dźwiękami niezwykle subtelnie. Cudo! Z kolei utworem, którym przypadł mi do gustu wyłącznie ze względu na bardzo dobrą gitarę akustyczną, jest „Dziurą w Kieszeni”. Kawałkami, które zasługują na wyróżnienie, są ponadto wspomniane wcześniej  „Tu i Teraz”, otwierający krążek utwór „Drzewo”, który doskonale wprowadza nas w ogólny klimat całej płyty, a także piosenka  „Niedopałki”, mająca w sobie pazur i poprzez muzykę wyrażająca złość i żal. Jednak moim faworytem, może ze względu na to że był to singiel promujący płytę jest to piosenka ''Film''.

No i oczywiście na koniec zostawiłem to, co podoba mi się najbardziej na tej płycie, czyli sam głos Ukeje. Uwielbiam wokalistów odważnych, zdecydowanych, panujących nad swoim głosem, a przy tym oddających różne emocje. Taki jest Damian Ukeje, obdarzony do tego intrygującą chrypą. Potrafi być  zarówno zbuntowany, z rockowym pazurem (np. w „Tu i Teraz”, gdzie muzycy zostawili mu dużo przestrzeni), jak i delikatny, refleksyjny, pełen melancholii (np. w „Za Mało”).


Tekstowo płyta również stoi na dobrym poziomie. W pisaniu słów zaangażowani byli m.in. Sarsa, Piotr Rogucki oraz Zofia Jaworowska. Jest dojrzale, uczuciowo i nieschematycznie. Teksty opowiadają z reguły jakąś historię, którą każda osoba może odczytywać na swój sposób. Niedosłowność i wieloznaczność w miejsce oklepanych metafor, wlokących się przez wiele kawałków u innych artystów, to duża zaleta płyty. O to chodzi, aby zaciekawić i skłonić do własnych poszukiwań interpretacyjnych. Myślę, że płyta w dużej mierze zachęca do podejmowania wysiłku mimo nieudanych prób, zawsze przecież  trzeba dążyć do celu, nawet jeżeli nie przyniesie to efektów. Według mnie o tym jest piosenka „Drzewo”. Drzewem, na które chce się wspiąć bohater tekstu, jest po prostu życie, a gwiazdy to nasze marzenia, które mimo krótkich dni i nocy trzeba spełniać. Taka jest moja interpretacja i to jest wspaniałe w tej płycie: dowolność i niejednoznaczność w tekstach.  
Ujęły mnie oprócz tego słowa piosenki „Film”. Może niektórzy zarzucą jej prostotę, ale bywa, że i w prostocie tkwi piękno.
Album ma kilka wad, jak wszystko, co znajduje się na naszej planecie. Na pewno nie podoba mi się piosenka, którą Ukeje śpiewa wraz z Sarsą, ale może to przez to, że nie przepadam za jej osobą. Myślę, że znalazłby się jeszcze z dwa kawałki, odbiegające od reszty, jednak większość utworów zapewni słuchaczowi ekscytującą podróż. Dla mnie ta podróż pełna wrażeń zaczyna się u stóp wielkiej góry, a kończy na jej szczycie.

Dlatego za to, że dotarłem na ów szczyt, a nie spadłem gdzieś po drodze, z radością daję albumowi 8 punktów na 10 możliwych. Album naprawdę mnie urzekł i dlatego jego ocena jest bardzo wysoka. Damianowi Ukeje i pozostałym muzykom życzę powodzenia w promowaniu albumu oraz wielu koncertów, a w najbliższym czasie kolejnego albumu, który zapewne zabierze mnie w inne ciekawe miejsce. Dobra robota!




Recenzja: Przemek Ustymowicz
Korekta: Mariola Rokicka
Link do płyty: https://play.spotify.com/album/6KPsCtjV6sdHKw4c9Z8r7i
Czytaj dalej »

niedziela, 2 października 2016

Agnieszka Chylińska - ''Forever Child'' [recenzja]

     Po siedmiu latach od wydania płyty „Modern Rocking” niespodziewanie powraca polska „Królowa Łez”. Ukazuje się album, który trzymany był w tajemnicy, przewidziany jako niespodzianka, mająca zaskoczyć wszystkich. No i w końcu 30 września z pełnym rozmachem niczym bomba wyłania się album „Forever Child”. Moje odczucia po jego wysłuchaniu? Z pewnością zaskoczenie, a czy pozytywne, zaraz się okaże. 



     Sama okładka współgra z wizerunkiem, jaki artystka kreuje w tym albumie. Na okładce widnieje świetne czarno-białe zdjęcie samej Agnieszki Chylińskiej. Właśnie taką ją widzę po przesłuchaniu płyty – zwiniętą w kłębek. Skulona w pozycji embrionalnej wydaje się bardzo samotna i bezbronna wobec problemów, które niesie życie, co dodatkowo zostało podkreślone jej nagością. Sama artystka mówi, że album ten powstał, kiedy znalazła się na życiowym zakręcie. Okładka jak najbardziej na wielki plus!


    No i niestety po wielkim plusie muszą przyjść głównie minusy. Nie wiem dlaczego, ale płyta pod wieloma względami do mnie nie przemawia, a szczególnie jeśli chodzi o kwestie muzyczne. 

    Wiele portali  zachwyca się, chyba przez uznanie, jakim cieszy się Chylińska, muzyką z jej najnowszego krążka. Podobno łączy ona dwa style: rockowy i nowoczesny, a obecnie bardzo popularne jest takie łączenie stylów i możliwości muzyki. Ale co mamy przez to rozumieć? Czy jest to dodawanie elektroniki jako tła i linii pobocznych, nadających harmonii i wyrazistej barwy, a może wpychanie na siłę różnych udziwnionych motywów, które mogą kojarzyć się z muzyką klubową? Nie znam na to odpowiedzi, jednak tak prezentuje się nowa płyta: jest to swoista plątanina muzyczna. Piosenki nie pasują tu do siebie, tak jakby były wycinkami z różnych albumów, niekoniecznie związanymi ze sobą gatunkowo.


    Płytę otwiera „Klincz” i już on wprawił mnie w konsternację. Sprawdziłem dwa razy, czy aby na pewno włączyłem dobrą płytę. Kawałek rozpoczyna się niczym klubowy mix utworów DJ’a z pobliskiego mniejszego miasta, który zdecydował się na promowanie swojej działalności. Niestety powtórzyło się to jeszcze w kilku kawałkach. Oczywiście znalazłem też parę piosenek, które bronią albumu. Spodobały mi się zwłaszcza dwa utwory: „Królowa Łez” oraz „Kiedy przyjdziesz do mnie”. W nich łączenie dwóch stylów jak najbardziej mi odpowiada, ponieważ nie dominuje  tu raniący uszy bit, przytłaczający inne środki muzyczne. 
     
    W ''Królowej Łez'' wyraźnie słychać gitarę, która rozpoczyna ten kawałek. Później, gdy piosenka się rozwija, dochodzi elektronika, użyta wyłącznie jako nienachalny smaczek. To przemyślane, wyważone zastosowanie elektroniki, nadało piosence klimatu i nowoczesności, o którą ostatnio tak starają się artyści. Spojone ze sobą dwa style właśnie tak, jak trzeba. Szkoda tylko, że nie we wszystkich utworach muzycy postąpili podobnie
   Natomiast  piosenka „Kiedy przyjdziesz do mnie”, którą muzycznie stawiam na równi z poprzednią , zmierza bardziej w stronę brzmienia Agnieszki Chylińską z jej okresu współpracy z O.N.A, co niesamowicie przypadło mi do gustu. Przeważa tutaj przesterowana, wyrazista gitara, prosta, bo prosta, ale robiąca wrażenie, szczególnie w solówce, w która przez parę sekund raczy nasze uszy. Oprócz tych dwóch piosenek trzeba wymienić również utwór „Zostaw”, jeden z mocniejszych kawałków. Jest sugestywnie, głośno i dosadnie. Tutaj także gitara stanowi motyw przewodni. Słychać ciężki riff na gitarze w dość niskiej tonacji. To lubię!



    Nie będzie zaskoczeniem, jeśli za największy atut płyty uznam głos wokalistki, która przyzwyczaiła nas do tego, że idzie na całość. Chrypa to jej znak rozpoznawczy, ale kiedy trzeba, Chylińska umie przekazać spokojniejsze emocje. Linią wokalną oddaje cały wachlarz  uczuć – od roztargnienia i złości, poprzez żal i smutek, po kompletne wyciszenie i spokój.  Wokalnie artystka chyba nigdy nie zawodzi. Myślę, że nawet, gdyby wydała płytę disco polo, wszystko obroniłaby głosem. Klasa sama w sobie, coś wspaniałego!

    Teksty piosenki, choć najprawdopodobniej dyktowane wydarzeniami z życia, niestety są monotonne, co nie znaczy, że jednoznaczne, ponieważ czytałem już kilka propozycji interpretacji do kilku z nich. Miłość, rozstanie i ból to główne ich motywy. Utwory dotyczą kobiety rozchwianej emocjonalnie, czującej żal do pewnego mężczyzny. Ale taki już wizerunek naszej polskiej „Królowej Łez”. Mimo kilku fragmentów ciekawych lirycznie, szczególnie w piosence „Fajerwerk”, słowa nie porywają. Zresztą trudno, by przemówił do mnie tekst: ''Kocham cię ale cię nie lubię''. Momentami jest banalnie i nużąco, a cały krążek zdaje się jednym wyrzutem sumienia. Może niektórym to się spodoba, jednak ja wolę rozmaitość i wielowątkowość.  


    Podsumowując: tak szybko jak się rozpaliłem, sięgając po płytę, tak równie szybko przygasł mój zapał. Ma ona co prawda kilka przebłysków, lecz w dużej mierze tworzą ją nieudane zabawy z nowoczesnym brzmieniem, które idzie zdecydowanie w złą stronę. Dwa, może trzy dobre teksty, które naprawdę zasługują na brawa, to za mało na moje oczekiwania. Muzycznie słabo, na szczęście rekompensują to niepowtarzalny głos artystki, który jest już kultowy, oraz trafiona okładka, świetnie przedstawiająca  treść płyty.

    Jeżeli wystawię albumowi złą ocenę, zostanę zlinczowany, bo nie do końca na nią zasługuje. Jeżeli bardzo dobrą – postąpię wbrew sobie. Z czystym sumieniem krążkowi „Forever Child’’ przyznaję zatem 5 punktów w skali od 0 do 10. Myślę, że do niektórych słuchaczy płyta ta może trafić zarówno muzycznie, jak i lirycznie, w zależności od tego, czego akurat szukają. Jeśli mają potrzebę utożsamienia się z kimś, kto jest zagubiony, rozczarowany miłością i przepełniony żalem, trafią idealnie.
Życzę muzykom powodzenia w promocji albumu, udanej trasy koncertowej, która została już zapowiedziana, no i następnej płyty, trochę lepszej od tej. Powodzenia!


Recenzja: Przemek Ustymowicz
Korekta: Mariola Rokicka 
Link do albumu na spotify: https://play.spotify.com/album/2v2XMDBrDk89fW4IcrhAIu
Czytaj dalej »

wtorek, 27 września 2016

Hey - Błysk [recenzja] ''Spałam, gdy się kończył świat...''

„Spałam, gdy się kończył świat’”... Oj, dreszcz jest i będzie przez długi czas. Z powodu mojej długiej absencji teraz nadrabiam swoje zaległości. W oczekiwaniu na nową płytę Comy z czeluści mojego umysłu wygrzebałem wiadomość, że Hey wydał nową płytę. Od razu zabrałem się do słuchania. Niektórzy mówią, że o Hey już nie warto łamać pióra, bo wiadomo, co trzeba napisać. Ja jednak zdecydowałem się ująć „Błysk” w kilka błyskotliwych, a może nie słów.




Co do okładki, to dostrzegam ostatnio, że artyści wybierają całkowity minimalizm przy tworzeniu swoich okładek. Okładka nowego krążka Hey doskonale wpisuje się w ten trend: zwykła okładka z jakimś napisem – tak w skrócie można ją opisać. Prezentuje słaby poziom? Niekoniecznie. Na pewno nie przyciąga, raczej kłuje w oczy swoim jaskrawym kolorem – w końcu błysk to błysk, i być może o to tu chodzi. Pomysł pewnie i ciekawy, ale do mnie nie trafia. Może rację mają ci, którzy mówią, że nieważne to, co jest z zewnątrz, liczy się wnętrze, dlatego przejdźmy do ‘’duszy’’ płyty.



Przed Panią Katarzyną Nosowską chylę czoła. Jest to postać wyjątkowa, której nie da się nie znać. Dlatego każdy nowy album grupy Hey jest dla mnie czymś wyjątkowym, a kiedy usłyszałem, że Hey ma powrócić do gitarowego grania, moje oczy zapaliły się niczym świeczki. Jednak tylko głupiec mógłby myśleć, że nowa płyta sięgnie do korzeni i znowu z naszych głośników będą leciały dźwięki grunge’a. 

Płyta otwiera się piosenką „Szum”, która jak żadna inna kojarzy mi się z samą wokalistką. Jest mocny klimat – pesymistyczny i budzący niepokój, wywoływany melodeklamacją Katarzyny Nosowskiej. Do tego z ogromnym ładunkiem emocji. Po prostu cudo! 

Nosowska nie skłamała w zapowiedziach, gdyż rzeczywiście mamy tutaj dużo gitarowego grania – przykładem tego mogą być „Szum” czy „Prędko, prędzej”. Szczególnie w tym drugim utworze robi wrażenie dobry riff oraz wyrazista solówka, bardzo przypominająca stary Hey. Przygotowując płytę, zespół postawił na rytmikę, dlatego punktem szczególnym jest tutaj sekcja rytmiczna.  Przewodzą wyraźny bas, idący w kierunku groove’u, oraz perkusja. Nie brak też hipnotyzujących melodii gitarowych i klawiszowych dźwięków, a co ważne, harmonii nadaje wyrazista elektronika, która nie burzy jednak spójności utworów ani nie przeszkadza innym instrumentom. 

Utwory są różnorodne: w jednych smaczkiem jest to, w innych tamto. Za jedną z lepszych piosenek uważam utwór „Cud” – bardzo łagodny, kojący, przywołujący baśniową nastrojowość. Podobnie otwierająca krążek piosenka „Błysk’’ tworzy niepowtarzalną atmosferę – słuchając jej, czułem się, jakbym szedł sam przez ciemny las, wkoło wszystko powoli się burzyło, a w uszach dzwonił tylko głos Nosowskiej. W kawałku „Prędko, prędzej” urzekły mnie powrót do stylu zespołu i wybitna solówka, w „Hej, hej, hej” – końcówka, gdzie pobrzmiewa wiele głosów ze szczyptą elektroniki. Za to daniem głównym dla każdego fana elektroniki i sprytnych innowacyjnych rozwiązań jest „I tak w kółko’”, piosenka aż kipiąca elektroniką i lekko psychodelicznymi rozwiązaniami. Szczerze powiedziawszy, przydałoby się więcej takich utworów – elektronicznych z mroczną, budzącą napięcie melodeklamacją Nosowskiej, bo już zdążyłem się otworzyć na nowe alternatywno-rockowe brzmienie Hey. 

A sama linia wokalna? Nosowska dużo kombinuje, ale jej wolno. Z pewnością nie nudzi słuchaczy. Raz mocno wykorzystuje chrypę, innym razem śpiewa niezwykle delikatnie. Czasem mogłoby się wydawać, że za dużo tu kombinacji, ale jest coś w jej głosie, co porywa. Bywa w utworach innych grup, że wokal jest tłem dla melodii, tutaj nie ma miejsca na takie zabiegi. Piosenkarka przewodzi swoim głosem, znacząco nadaje brzmienia, wypełnia muzykę. Efekt? To wydanie Nosowskiej z „Błysku” z dotychczasowych odsłon podoba mi się najbardziej.  


Jeżeli zna się dorobek Katarzyny Nosowskiej, wiadomym jest, że liryka jej utworów jest specyficzna. W tekstach z najnowszego albumu  porusza wiele kwestii, z tym że dominują teksty osobiste. Taką anegdotą może być tekst utworu „Ku Słońcu”, nawiązujący do historii jej matki, którą od niej usłyszała. To historia o panu, który zaczepił matkę artystki na ulicy Ku Słońcu w Szczecinie, pytając o jej sąsiada(Chyba tak to było!). Teraz ona kończy tę historię, opowiadając o Panu ciemnej karnacji – sir Alfonzo Moralezie, który przybył do Polski w poszukiwaniu lepszego życia. W utworach z krążka dużo również nawiązań do natury, ciekawych porównań i opisów. Najbardziej lirycznymi utworami są „Cud” i „Błysk”. Teksty nie są łatwe w odbiorze, chociaż w moim odczuciu łatwiejsze i lżejsze od tych z poprzednich albumów. Praktycznie każdy z utworów wywołał we mnie jakieś przeżycie. Wyjątkiem jest piosenka „Historie” – dużo słabsza na tle pozostałych . 



Bez wątpienia krążek „Błysk” pokazał, że zespół Hej, już kultowy na polskiej scenie, nadal potrafi proponować  świeże dźwięki, bawić się formą, poruszać odbiorcę tekstem i melodią, słowem: czerpać z muzyki to, co najlepsze. W efekcie utwory, które składają się na krążek, wywołują wiele ciepła, ale kiedy trzeba, pobudzają nas zimnym powiewem. Świetnie przenoszą w inną rzeczywistość, a przecież w sztuce o to chodzi. 

Jako że nie ma rzeczy doskonałych i zawsze można się do czegoś przyczepić (głównie okładka i „Historie”...), ja z czystym sumieniem płycie „Błysk” w skali 0-10 daję ocenę 9, i to nie za sprawą  samej wokalistki czy ze względu na dorobek i doświadczenie zespołu. Dobra robota to dobra robota! Zwłaszcza że od uznanych formacji zawsze oczekuje się wysokiego poziomu. Tu z pewnością został on utrzymany. Życzę z całego serca przynajmniej jeszcze jednej płyty tak dobrej jak ta, wielu koncertów i tego, że pewnego dnia znajdę się w tłumie podziwiającym Panią Nosowską. Powodzenia! 



Recenzja: Przemek Ustymowicz
Korekta: Mariola Rokicka 
Link do płyty na spotifyhttps: //play.spotify.com/album/5lmufalwSoEM9DQcDuVGet

Czytaj dalej »

wtorek, 20 września 2016

Akurat - Nowy Lepszy Świat [recenzja albumu]

Po czterech latach od wydania ostatniej płyty zespół Akurat powraca do nas z nowym albumem, tworzonym w Red House Studio. W  czasie tej przerwy  dużo  się działo: Piotr Wróbel brał udział w solowym projekcie, natomiast Wojtek Żółty z kapelą The Polish wydali wspólny album. Czy te muzyczne eskapady znalazły swój wydźwięk na płycie? Odpowiedź na to pytanie uzyskać można za każdym razem, gdy włącza się krążek, ponieważ bielszczanie przygotowali dla nas coś zupełnie innego, do czego „fan,fan,fan...” nie jest przyzwyczajony. Czy płyta okażę się nowym, lepszym muzycznym światem, czy też nie? Czy miłość będzie, czy nie będzie miłości?

Standardowo zacznę od okładki płyty, która zrobiona została starannie i z profesjonalnym rozmachem, a wykorzystano do niej wycinek ujęcia z teledysku singla „Nowy Lepszy Świat’’. Każdy „łasuch” płytowy będzie zadowolony z niestandardowego podejścia grafika i choć zaprezentowana wizja świata równie dobrze może zachwycać, jak i przerażać, okładka niewątpliwie odbiorcę zachwyci.
               

  Wielkie bum wokół Akurat zrobiło się po zaprezentowaniu singla promującego płytę. Singiel, zatytułowany tak samo jak płyta: „Nowy Lepszy Świat’’, przykuł uwagę ludzi nowością brzmienia. Ja jednak, przyzwyczajony do prostego gitarowego grania, nastawiony byłem sceptycznie, bo innowacyjne rozwiązania muzyczne nie pasowały mi do tego zespołu, który znam już od dawna. Przełomowy dla mnie okazał się singiel „Miłość’’ . Po odsłuchaniu tej piosenki nie byłem w stanie przestać włączać jej na nowo. Cały chodziłem w emocjach.
Pomyślałem wtedy, że może to zapowiedź ważnego wydarzenia muzycznego. Nie pozostało mi jednak nic innego jak cierpliwie poczekać do wydania albumu. Ukazał się on 9 września.
Co o samym albumie? Są w nim lepsze i gorsze momenty. Zrażą się na pewno te osoby, które stronią od unowocześniania brzmienia, elektroniki i innych tego typu rozwiązań.  Co prawda chwilami trochę przesadzono z wykorzystaniem elektroniki, jednak w połączeniu z resztą instrumentów broni się ona sama, a nawet dodaje smaczków, zwłaszcza gdy razem z sekcją dętą tworzy spójną, oryginalną całość.


Myślę, że najmocniejszą stroną muzyczną płyty jest właśnie sekcja dęta. Perfekcyjnie łączy elektroniczne motywy, tworząc klimat muzyki reggae. A że nie brakuje przy tym dobrej linii gitarowej oraz wyraźnego basu i rytmów perkusji, momentami słucha się tego bardzo przyjemnie.
No i oczywiście całość domyka głos Piotra Wróbla: delikatny i melancholijny, świetnie balansujący między dźwiękami. Z pewnością może utkwić w pamięci na długo, tak jak stało się w moim przypadku po solowym projekcie wokalisty.

Oddzielnie chciałbym odnieść się do utworu ‘’Miłość”, który ma dla mnie wyjątkowe znaczenie. Nie zaskakuje nas liryką na miarę wybitnych poetów, ale przekazuje prawdziwe i bardzo aktualne treści w delikatnym wydaniu. Kolejny raz okazuje się, że liryzm i prostota potrafią wyjątkowo poruszyć odbiorcę. Dużo ‘’miłości’’ znajduje się też w muzyce. Utwór jest subtelny, melancholijny, a na końcu wybucha, tak jak miłość. Coś pięknego!
Innymi utworami zasługującymi według mnie na wyróżnienie są „Klin” oraz „Butelki i Kamienie”

Zwłaszcza ten drugi utrzymany jest w klimatach gitarowej muzyki, które lubię.
Teksty może nie zachwycą zagorzałych miłośników poezji, gdyż brak tutaj skomplikowanych metafor, do rozszyfrowania których potrzebne wielogodzinne rozmyślania. Prezentują jednak dobry poziom i dotyczą problemów współczesnego człowieka. Mnie szczególnie ujęło przesłanie utworu „Miłość”, o czym już wcześniej wspominałem.  Drugim takim tekstem, na który trzeba zwrócić uwagę,  jest „Klin”. Wydaje się on osobistym tekstem Pana Piotra, który nadaje nam bardzo przejrzysty przekaz. Teksty są bardzo różnorodne, zatem każdy znajdzie w nich coś własnego. 

Niestety są tu też utwory przeciętne, np. „Sędzia” czy „Lato Festiwalowe”, które szczególnie nie przypadły do mojego gustu.


Podsumowując: albumowi należy się ogromny plus za wyrazistą sekcję dętą i nietuzinkowy głos Pana Piotra. Co do oceny, to trudno mi ją wystawić. Z jednej strony otrzymujemy dużo nowości i niespodzianek, nie zawsze jednak celnych i dopasowanych. Z drugiej strony dużo tu dobrych tekstów, obok kilku nieudanych – tzw. „zapchajdziur”.
Ostatecznie decyduję się na 6 z mocnym plusem. Myślę, że brzmienie albumu jest nowością, także dla muzyków, i musi jeszcze minąć trochę czasu, aby czuło się w tym lekkość.
Czekam na kolejny album, licząc, że pojawi się on w krótszym odstępie czasu. Życzę zespołowi powodzenia oraz udanego promowania albumu na koncertach. Mam nadzieję, że kiedyś gdzieś się spotkamy.


Recenzja - Przemek Ustymowicz
Korekta - Mariola Rokicka
Link do płyty na spotify: https://play.spotify.com/album/3rgQIHIzxAMHvSaL9gF8p1

Czytaj dalej »

czwartek, 10 marca 2016

Bezsensu - wywiad

Dzisiaj wywiadu udzielili mi Panowie z Zielonej Góry, mianowicie zespół Bezsensu. Ich płyta ‘’Wszystko i nie tylko wszystko’’ wywołała u mnie ogrom emocji, przemyśleń nad samym sobą. Warstwa liryczna tekstów, potrafi niesamowicie wpłynąć na człowieka, a oryginalne rozwiązania muzyczne dopełniają całość.
Jako, iż schlebiałem chłopakom w recenzji płyty, zgodzili się odpowiedzieć na kilka pytań ( Oczywiście żartuję, Panowie to świetni ludzie, którzy zawsze odpisują mi na wszystkie moje wiadomości, bez problemu, a pochlebców wiadomo – nikt nie lubi). 

 DI: Co w Bezsensu jest bezsensu?
Karol: Nic
Krzysiek: Szare dni bez koncertów.

DI: Jak widzicie siebie w branży muzycznej za kilka lat?

Arek: Chcielibyśmy móc spokojnie wydawać  płyty i zapełniać coraz większe sale.
Krzysiek:  Jeśli miałbym pomarzyć, to widzę nazwę Bezsensu dużymi literami na szyldzie na przykład  Open’era.

DI: Skąd inspiracje do waszych tekstów, które nie należą do tych łatwych?

Arek: Trudno jakoś niebanalnie odpowiedzieć na to pytanie. Czytamy, oglądamy, obserwujemy… ale nie ma jednego wzoru na tekst, każdy powstał inaczej i z innych pobudek.

DI: Jak postrzegacie wasza ostatnią płytę, czy jest ona dla was jakaś szczególna, czy posiada jakieś głębsze znaczenie ?
Karol: Jako słuchacz postrzegam ją jako dobrze skrojony kawałek muzyki. Idealny do puszczania w Trójce.
Krzysiek:  Kiedy myślę o tej płycie wspominam czas kiedy ją komponowaliśmy, nagrywaliśmy. Wszyscy jakby się uzewnętrzniliśmy, każdy na swój sposób, ale nastrój przy tym był bardzo tajemniczy –  drewniany dom w środku lasu sprawiał wrażenie zaklętego, a my w środku. Słowa, które pojawiły się  w piosenkach  wszystko podkreśliły, bo melodie od samych prób już nam podpowiadały, że będzie to „płyta z lasu”. Można by dużo pisać, ale tak, to dla mnie ważna płyta.
Arek: do takiego pytania łatwiej będzie się zdystansować za jakieś 10 lat, teraz odpowiedź może być tylko jedna.

DI: Czy muzyka jest waszym źródłem utrzymania?

Karol: Tylko wesela!
Krzysiek: To kolejna rzecz bez sensu – czemu to nie może być nasze źródło utrzymania???

DI: Czym dla was jest muzyka?

Karol: Opowieścią do słuchania.
Krzysiek: To jest coś, co mnie kręci. To jak wyścig Formuły 1 dla Roberta Kubicy.


DI: Jak wspominacie wasze początki w świecie muzyki?

Arek: słuchałem The Doors i spóźniałem się przez nich do szkoły, bo musiałem do końca przesłuchać płytę… chłopaki zaraz pewnie Ci powiedzą, jak różnorodne mają doświadczenia i jak zawiła była nasza droga, by spotkać się (muzycznie) w Bezsensu. Dlatego, gdy ktoś nas jednoznacznie szufladkuje i porównuje do jednego zespołu upraszcza sprawę.

Krzysiek: W podstawówce, oprócz przygód z akordeonem i gitarą, pani od muzyki poprosiła mnie, żebym zaśpiewał na zakończenie VII klasy aranżacje Rynkowskiego z Klanu „Szkoła, szkoła jest nowelą”. Później dzieciaki chodziły za mną i mnie udawały. Grałem tez w kościele na gitarze, trochę śpiewało się na jakichś apelach w liceum, pierwsze zespoły, pierwsze gitary.
Marcin:  Zacząłem się uczyć grać na gitarze po tym jak dostałem instrument od cioci, która zrezygnowała z nauki. Pierwsze kroki na basie stawiałem w romskim zespole pobierając nauki od niesamowitego gitarzysty o pseudonimie Zorba, potem poszedłem już swoją drogą poprzez m.in. zespół szantowy i folkowy.
Karol: Nie zwracałem uwagi na muzykę, a na tekst. I szczególnie na ten w którym roiło się od przekleństw. A potem na rytm. I dlatego Święto Wiosny Strawińskiego oraz Dillinger Escape Plan szybko zrobiło na mnie wrażenie.

DI: Jako, że  skład wasz to cztery osoby, to proszę od każdego z was po jednym słowie określającym wasz zespół.

Karol: Praca. W sensie, ciężka praca. A nie praca - idę rano do pracy.
Arek: Wytrwałość.
Krzysiek: To w czym jestem najlepszy.
Marcin: Kreatywność.



DI: Czy muzyka jest dla was rzeczywistością, czy jest to pewnego rodzaju odbiegnięcie od problemów, codzienności  itd.?

Karol: Na pewno - ale też pozwala skupić myśli i skoncentrować się na czymś.
Krzysiek: Różnie można rozumieć to pytanie, ale w sensie dosłownym to obie odpowiedzi są prawidłowe. Chcielibyśmy, żeby to coraz bardziej się równoważyło.


DI: Na koniec, czego słuchacie na co dzień ?

Karol: Iannis Xenakis, Olivier Messiaen, Małe Instrumenty, Zbigniew Karkowski, Aube, Mike Patton, Dillinger Escape Plan, Mr Bungle, Harry Partch, Devin Townsend muzyka tradycyjna, muzyka współczesna, muzyka dawna.
Arek: Słucham bardzo dużo, najłatwiej odpowiedzieć, co w tym tygodniu… Smolik/Kev Fox, Vök, Modest Mouse,  Król, Organek, Kortez, The Dead Weather, Kamp, Sorry Boys, odświeżyłem sobie Kombajn, który był zawsze dla mnie jednym z najważniejszych polskich zespołów, szybko poznałem ich muzykę, są przecież z lubuskiego.
Marcin: polska muzyka alternatywna, folk, world music, zagraniczna, muzyka alternatywna/pop/rock, losowe klipy z youtube, jazz
Krzysiek: Słucham wielu artystów, podobnych do chłopaków, ale na pewno musi mnie to wzruszyć, czy podniecić. Czasami jestem zaskoczony, jak teoretycznie nie lubiany przeze mnie zespół potrafi mnie uwieźć jakimś utworem. No i na pewno na co dzień słucham nagrań z prób 


Czytaj dalej »

poniedziałek, 29 lutego 2016

Ted Nemeth - wywiad

Płyta ''Ostatni krzyk mody'', zespołu Ted Nemeth wywołała u mnie ogromne zaskoczenie, zaciekawienie i wiele świetnych uczuć. Każda z piosenek tworzy różne historie, które możemy w dowolny sposób zinterpretować, a duża doza abstrakcji i ciekawego języka, wprowadza słuchacza w inny świat, stworzony przez Tedów. Samą muzykę można uznać, za garażowe granie, które jest przeplatane dźwiękami syntezatorów oraz dobrymi motywami gitarowymi. Chłopaki z Ted Nemeth zgodzili się odpowiedzieć na kilka pytań, które dla nich przygotowałem.

DI:  Czytałem kiedyś wypowiedź Patryka na temat historii zespołu. Podobno pojechaliście na kajaki i postanowiliście pograć razem po powrocie. Jak było naprawdę? 

PIETRZAK: tak było naprawdę.

DZIWORSKI: Najlepsze zespoły zaczynają na kajakach

DI: W waszych tekstach jest masa przeróżnych wątków. Natomiast najczęściej jest mrocznie, smutno i dosadnie. Dlatego, Ted Nemeth to pesymiści, czy raczej realiści? Ukazujecie w tekstach rzeczywistość, która was otacza? 

PIETRZAK:Ja jestem wszystkimi trzema typami naraz, w zależności od okoliczności. Jestem raczej typem histeryka. Jak jest źle to jest tragicznie, jak jest dobrze to jest euforia. Lubie opisywać rzeczy dookoła siebie, ale niektóre nie są prawdziwe tylko powstały  mojej głowie.

 GIBKI: Nie zastawiam się słuchając piosenki czy podmiot liryczny to pesymista, optymista czy realista. Dobry tekst nie jest na tyle oczywisty by szukać takich uogólnień. Każda komedia jest na swój sposób tragiczna. I odwrotnie.
     
     DI: Nie mogę ukrywać, że piosenka ''Nożownik'' jest jedną z moich ulubionych. Zastanawia mnie czy historia o nożowniku jest prawdziwa, czy jest to po prostu kreacja waszej twórczości? 



PIETRZAK: jest to prawdziwa historia morderstwa na ulicy Piotrkowskiej w Łodzi. Rozłożyliśmy płytę na czynniki pierwsze dla portalu FYH, tam znajdziesz znaczenia numerów „Ostatniego Krzyku”.

DZIWORSKI: Na tą piosenkę złożyło się dośc sporo emocjonalnych rzeczy. Myślę że oparcie jej na prawdziwej historii nożownika który zabił na Piotrkowskiej jest dobrą klamrą która spina całość numeru.



DI: Jakiej muzyki słucha Ted Nemeth? Czy to czego słuchacie wpływa jakoś na waszą twórczość jest inspiracją? 

PIETRZAK: Słucham dużo muzyki. Dużo jeżdżę, więc zaopatrzyłem się w spotify premium. Jest zajebiście wygodne. W domu mam winyle. Ostatnio Howlin’ wolf, Billie Holiday, dopiero niedawno odkryłem Marcy Playground, powrót do LCD Soundsystem, Bardzo fajne broadcasty Nirvany wrzuciło spotify, super wykony na żywo. Mega się jaram tez Hoszpitalem z Poznania, nagrywają właśnie płytę w Łodzi. Kumplujemy się z nimi.

DZIWORSKI: Najbardziej i chyba niezmiennie od długiego czasu – Autolux. Słuchamy też dużo polskiej muzyki. Jestem zakochany w drugiej płycie Blisko Pola.

GIBKI: Ostatnio The Stooges, Courtney Barnett, Nick Cave and the bad Seeds, singiel Dawiada Podsiadło (W dobrą stronę), i nie mogę się uwolnić od płyt „Dobranoc” Lecha Janerki i płyty „I ching” Morawski/Waglewski/Nowicki/Hołdys . 

DI: Czy otoczenie, a dokładniej miasto Łódź, bo dużo go w waszej muzyce jest waszą inspiracją, wpływa na tworzenie, układanie historii? 

PIETRZAK: Tak, wpływa.

DZIWORSKI: Paweł Cieślak powiedział, że to kwestia powietrza w tym mieście. Ma racje

GIBKI: Połowa zespołu mieszka stale w Łodzi, Wojtek mieszka w Mętkowie pod Krakowem, a Patryk dzieli swój czas między Łódź a Warszawę. Jest to jakiś czynnik środowiskowy, który kształtuje postawy, a one mają wpływ na muzykę. Chyba nie gramy muzyki, która miała by być pozbawiona tego elementu, na rzecz kosmopolitycznego zglobalizowania.



DI: Dlaczego akurat Ted Bundy i Richard Nemeth widnieją w waszej nazwie? Jest to przypadek, czy wiążę się z tym jakaś historia? 

PIETRZAK: Samo powiązanie ich to przypadek. Znałem postać bundyego wcześniej, a w jakimś pornosie na sali było zestawienie największych morderców i najgłupszych patenciarzy. Połączyliśmy to. 


DZIWORSKI: Ładne razem brzmią też.




GIBKI: To czysty przypadek.

DI: Jak minęła wam praca nad płytą? 

 DZIWORSKI: Praca nad albumem poszła szybko dzięki podejściu Pawła Cieślaka. Nie jesteśmy wirtuozami, robimy błędy które oczywiście można poprawiać przez co wydłuża się czas pracy, ale cały myk polega na zastanowieniu się czy warto to robić. Nie baliśmy się niczego, byliśmy raczej ciekawi pewnych nieszablonowych rozwiązań. TOTALNIE nie byliśmy przygotowani na sposób pracy w Hasselhoff Studio i to jest piękne.




    GIBKI: Praca nad albumem to ekscytujący czas. Szkoda, że taki krótki bo było bardzo fajnie, a ten krótki czas narzucał pewien rygor i spontan za razem. Było mało powtórek, a przy odsłuchiwaniu opadały nam szczeki.
     
     DI: Jako młody zespół macie trudności obecnie na rynku muzycznym? 

DZIWORSKI: Tak, chyba każdy wie jakie

GIBKI: Nie mamy trudności. Jesteśmy na etapie pracy. Akceptujemy to.
   
     DI: Jak wygląda tworzenie od kuchni w zespole? Przygotowujcie numery wcześniej i staracie się je dopracować, czy raczej stawiacie na luźne schematy i improwizacje?
  
     DZIWORSKI: Przygotowujemy ile możemy a potem studio to weryfikuje. Wtedy niektóre rzeczy zmieniamy lub usuwamy

    GIBKI: Nie jesteśmy zespołem który wszystko wyimprowizuje. Potrzebny jest szkielet wokół którego się dalej pracuje. Rdzeń melodii, akordów i tekstu przynosi Patryk. Aby zrobić z tego piosenkę gramy, słuchamy, poprawiamy, zmieniamy. Aż osiągniemy pożądany rezultat.  Dużo gadamy i każdy dokłada swoje pomysły.
      
     DI: Już na koniec. Jakie jest wasze największe marzenie? 
  
     GIBKI: Duża trasa koncertowa, kluby pełne ludzi, a film dokumentalny o zespole dostaje nagrodę na Sundance.

DZIWORSKI: Nie potrafię tego powiedzieć. Staramy się nie marzyć tylko zapierdalać.









Czytaj dalej »

Moja lista blogów