Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X X
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polski Rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polski Rock. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 października 2016

Coma - ''2005 YU55'' [recenzja] ''...O przemijaniu i o jesieni''

Sztuka jest formą, w której dane tworzywo można lepić na wszelkie możliwe sposoby. To my kształtujemy w dziele świat, przestrzeń, my dostrzegamy szczegóły i obieramy własną drogę interpretacji. Jeżeli znamy postać Piotra Roguckiego, wiemy dobrze, że chce on wyłamywać się spod schematów przypisanych muzyce rockowej postrzeganej jako zwykła rozrywka. Właśnie dostajemy krążek Comy, na który dość długo kazali nam czekać artyści z Łodzi. Miałem okazję posłuchać płyty trzy dni po jej premierze. Nasuwa mi się wiele słów i spostrzeżeń , aby opisać album. Album? A może coś więcej? Przyjrzymy się „2005 YU55” z bliska. Do płyty dodatkiem jest wersja wydana w formacie wielkości DVD. Dołączone są do niej teksty, okulary 3D, kostka i koszulka. Ciekawe urozmaicenie!



Jeżeli zagłębimy się naprawdę mocno w płytę, to całą oprawę graficzną okładki uznamy za trafną w stu procentach. Niebieskie tło zacierające się z czernią przedstawia nam kosmos, natomiast w kolorowej poświacie znajduje się równie kolorowa i zniekształcona postać. Tutaj nie ma przypadków. Oprawa graficzna intryguje i nieodzownie łączy się z przekazem płyty, a to musi się podobać.


W wielu komentarzach na temat nowego dzieła Comy pada pytanie: „Gdzie jest stara Coma?”. Od razu zatem powiem, że „2005 YU55” nie jest płytą rozrywką, dobrą do słuchania w samochodzie czy wieczorami przy piwie. Coma postarała o coś innego, o coś, gdzie zaczyna się ambitna sztuka, a kończy nasza wyobraźnia. Dlatego płyta na pewno zbierze sporo, negatywnych opinii z którymi już się spotkałem. Myślę nawet, że jest to też pewna rekompensata za ostatni solowy album Piotra Roguckiego, zamysł bowiem jest podobny, ale zrealizowany o wiele lepiej. Mamy tutaj do czynienia ze swoistym dziełem literacko-muzycznym. O samej treści powiem jednak później. Teraz przejdźmy do muzyki. 


Jak dobrze słucha się czegoś, co w leczy moje rany po ostatnim albumie Chylińskiej. Tak właśnie powinno łączyć się elektronikę z muzyką rockową. Subtelnie! Według mnie wbrew temu, co piszą niektórzy, jest tu dużo starej Comy! Gitary towarzyszą nam praktycznie przez wszystkie kawałki. Brakuje mi jedynie jakichś dobrych solówek Witczaka, jednak myślę, że bez tego się obejdzie, bo w zamian mamy kilka dobrych motywów granych na gitarze, które uzupełniają muzykę, dodając melodyczności. Szczególnie ciekawy motyw pobrzmiewa w piosence „Inne jeszcze obrazy” (mam nadzieję, że to gitara, ha ha). Mocną gitarę przeplatają na płycie nowoczesne brzmienie i wyraziste riffy, z których znana jest grupa. Szczególnie intensywnym kawałkiem są „Zaduszki”, gdzie gitara dominuje na samym początku, by potem na parę sekund przygasnąć i znowu powrócić z całą energią. 

Podobny jest „Cwał”, lekko doprawiony nowoczesną technologią. Ale to dobrze, gdyż muzyka i muzycy muszą się rozwijać, w przeciwnym razie otrzymywaliśmy tylko wtórne rozwiązania. Matuszak też nie zawiódł na płycie! Jest on jednym z najlepszych polskich basistów, co potwierdza zwłaszcza w „Magdzie”. Fajny przesterowany bas brzmi tu wyraźnie i nadaje pędu całemu kawałkowi.  Z kolei w „Lipcu” bas jest delikatny i spowalnia piosenkę. Równie świetnie gra Adam Marszałkowski, jeden z moich ulubionych polskich perkusistów, klasa sama w sobie – jak zwykle.  Odpowiednio do potrzeb piosenki raz jest mocno i słychać dużo talerzy, to znów artysta wycisza perkusję, gdy utwór schodzi z tonu. Dodatkiem do perkusji jest elektronika, oczywiście we właściwych proporcjach.


W kawałkach znajdziemy dużo dobrej elektroniki. Wyraźna, świetnie kontrastująca z całością, nadaje kawałkom klimatu i subtelności. Jej motywy dobrane zostały z rozwagą i dlatego nie mamy tu do czynienia z muzyką klubową, tylko z prawdziwą sztuką. Myślę, że pod względem profesjonalizmu w wykorzystaniu elektroniki „2005 yu55” równa się z „Błyskiem”, o którym pisałem jakiś czas temu. Płyta muzycznie wprowadza w jesienny nastrój, pomimo jak zgaduję w całej historii jest lato. Dzieje się tak za sprawą wrażenie padającego deszczu, wiejącego wiatru, spadających liści oraz aury tajemniczości towarzyszącej piosenkom. Za pomocą dźwięków muzycy budują świat, który pochłania słuchacza. Mnie niejednokrotnie zrobiło się zimno mimo ciepła w domu.  

Do wszystkiego dochodzi głos Roguckiego, który jest odpowiedzialny za kumulacje emocji. Jeszcze głębiej wokalista wprowadza nas w świat przedstawiony na płycie. Odtwarza wszystkie możliwe emocje: złość, melancholię, roztargnienie etc. Zdążyłem się już przyzwyczaić  do nowego Roguckiego. Mało tego, spodobało mi się takie jego wcielenie, ponieważ, jak mówiłem, trzeba zmian, aby nie było nudno i monotonnie. To już chyba kultowy artysta na polskiej scenie muzycznej. Dysponuje głosem o niepowtarzalnej barwie, mocnej, brudnej i wyraźnej. W „Magdzie” raczy nas growlem. Oczywiście zachowuje rockowe klimaty, a przy tym potrafi być niezmiernie delikatny. Może z uwagi na ową subtelność i lekkie rozmarzenie bardzo przywiązałem się do utworu „Lipiec”, który był singlem zapowiadającym płytę, i teraz słucham go non stop. 


Warstwa tekstowa jest inna niż zazwyczaj. To budowana historia, o czym świadczą choćby niektóre tytuły piosenek, np. na płycie znajdują się trzy nazwane kolejno liczbami piosenki zatytułowane „Łąka”. Mamy głównego bohatera historii – Adama Polaka, dokładnie wskazanego w utworze pt. „YU55”. Ja, Adam Polak, leżałem na łące duchem... –  tak rozpoczyna się ta piosenka. Przyszło mu żyć w rozpędzonym, nieufnym świecie, pełnym ludzi goniących za karierą, obojętnych na przyrodę, podatnych na różne żądze.  W pewnym momencie Adam spotyka asteroidą  YU55, co opisane zostało w bardzo liryczny sposób w piosence pod taką samą nazwą. Po tym spotkaniu budzi się świadomość Adama, co odczytuję jako metaforę tego, że w życiu za wszystko trzeba płacić, nawet za swoje istnienie. Adam dostrzega, że ludzie są egoistyczni i pozbawieni wszelkich skrupułów, a życie opiera się na utartych mechanizmach, ograniczających wolność człowieka. Myślę, że Rogucki swoimi tekstami trafia w czuły punkt ludzkości w dzisiejszej dobie zepsucia. Aby pokazać złożoność relacji międzyludzkich, w opowieść wplata postać Magdy, będącej przypuszczalnie prostytutką. Teksty nie są łatwe w odbiorze, ale pozwalają za każdym odsłuchaniem doszukać się w nich czegoś nowego. Stanowią wyzwanie, interpretacyjną zagadkę, intrygującą i oszczędną w słowach, czasem dosadnych. A jak kończy się historia Adam Polaka, sami się dowiedzcie, tym bardziej, że każdy z nas jest takim Adamem Polakiem. Na pochwałę zasługuje kunszt językowy autora teksów. Nie brak tu też ciekawych opisów miejsc, przestrzeni, pór dnia, roku itd.


Och, co to była za podróż! Nie wiem, czy mogę oceniać płytę „2005 YU55” jak zwykły krążek, bo odbiega ona bardzo od tego, co serwują nam inne zespoły. Ujęcie spójnej historii, ciekawej i mającej przekaz, wręcz pochłania słuchacza. Dlatego album jest oceniany troszkę pod względem innych krytriów. Ocena, jaką stawiam temu albumowi, to 10/10 – za doskonałe łączenie elektroniki i rockowego grania, z którego znana jest Coma, oraz świetne przedstawienie świata za pomocą dźwięków. Za prawdziwe emocje w głosie Roguckiego. Za stworzenie świata, bohatera i spójnej, jednak dość trudnej w odbiorze, która wymaga dokładnego zagłębienia się historii. Za to, że płyta mnie ujęła i nie odstawię jej na półkę z innymi mało porywającymi płytami. Za to, że skłania do różnych przemyśleń. Płyta na pewno nie dla każdego i raczej nie po to, aby słuchać jej jak każdej innej płyty. Na kolejnym krążku oczekuję nowej formy, w końcu co za dużo, to nie zdrowo. Comie życzę sukcesów! Do zobaczenia gdzieś na koncercie. 


Recenzja - Przemek Ustymowicz
Korekta - Mariola Rokicka
Czytaj dalej »

sobota, 8 października 2016

Julia Marcell - ''Proxy'' [recenzja]

Słuchając tego albumu, myślę właśnie, jak dziwnie być człowiekiem, a szczególnie człowiekiem w XXI wieku. W końcu jest! Pewnie spytacie: „Jak to? Przecież nie tak dawno temu pani Julia wydała album”. Już uprzedzam Wasze pytanie. Otóż wreszcie doczekaliśmy się albumu po polsku i to z jakim rozmachem!  Jest to na pewno objawienie na polskiej scenie muzycznej, dlatego nie mogłem nie napisać nic na temat „Proxy”, mimo że album został wydany już jakiś czas temu.  Przyjrzyjmy się zatem bliżej temu, co Julia Marcell chce przekazać swoim słuchaczom. 



Tradycyjnie zacznę od okładki: wreszcie mamy coś wartego uwagi od strony plastycznej. Okładka ilustrowana z przepychem, dużo tu bałaganu i kiczowatych przedmiotów, ale to jest piękne! Znajdziemy na niej wszystko, co jest na płycie: mały galimatias, drobny świat Julii. Pomimo wywołanego wrażenia chaosu nie burzy on u widza uczucia spokoju. Dzieje się tak za sprawą pozy i miny przedstawionej artystki, które emanują beztroską. Czarne i białe barwy stanowią motyw przewodni okładki. Łączą się z innymi kolorami, czasem intensywnymi, częściej jednak uciekającymi w zimniejsze, wyblakłe klimaty. Okładka ta jest na pewno jedną z najładniejszych okładek tego roku, jakie miałem zaszczyt prezentować! 


Zwiastunem albumu był singiel „Andrew”. Pierwsza moja myśl: „Na pewno będzie po angielsku”. Przyznam się, że słuchając go, byłem pod ogromny wrażeniem. Było po polsku, i to jak! Wałkowałem ten kawałek non stop, mając nadzieję, że album, który nadchodził lada moment, będzie w całości po polsku! Przyjrzyjmy się teraz muzyce. 


Trudno jest określać gatunki w dzisiejszych czasach, a szczególnie jeżeli mamy do czynienia z twórczością Julii Marcell na tej płycie. Mówi się o artystce, że jest przedstawicielką gatunku alt-pop, ale przy tym krążku muzyka wyłamuje się spod jakichkolwiek kategorii. Dźwiękowo jest to płyta na miarę XXI wieku, jest alternatywnie i kobieco – przede wszystkim kobieco. Niektórzy zarzucają wokalistce, że poszła w stronę przebojowości kosztem kompozycji, które są proste i nie tak kunsztowne jak choćby w „June”. Ja jednak jestem odmiennego zdania. Uważam, że płycie nie brakuje nic pod względem muzycznym. Muzycy zostawili dużo przestrzeni dla piosenkarki, aby ta mogła swobodnie poruszać się wokalnie. Czy jest bardziej przebojowo? To prawda, jednak na pewno nie ma tutaj prostych kombinacji. Po prostu kompozycje są inaczej rozłożone, tak by zaakcentować większą lekkość i swobodę. I rzeczywiście czuć tę świadomą zabawę z formą utworów. Jest też bardziej melodyjnie i alternatywnie niż dotychczas, co tylko dodaje uroku niniejszej płycie. 


Jeśli o mnie chodzi,  to zakochałem się przede wszystkim w linii basowej piosenek, która jest bardzo wyraźna, co ostatnio na płytach nieczęsto się zdarza. Znakomicie słychać ją zwłaszcza w utworze „Wstrzymuję Czas”, gdzie nadaje wrażenie ruchu i słuchacz ma ochotę raczej iść niż się zatrzymać!  Basowi ustępuje na krążku nawet perkusja, będąca jedynie jego rytmicznym tłem. Momentami wydaje się, że perkusja niepotrzebnie się zapętla, i może to jedyna wada muzyczna tego albumu. Oprócz basu i perkusji da się słyszeć motywy klawiszowe z elektronicznymi dźwiękami, nadającymi  piosenkom nowoczesnego brzmienia. Utwory nie stronią także od dobrych dźwięków gitary, co wyraźne jest w utworze „Tetris”. Mamy w nim nieco funkowy klimat z dobrymi motywami na gitarze. W dzisiejszej muzyce jest bardzo dużo gitary, a tutaj ciekawa odmiana: gitarę podano jako smaczek, w efekcie czego aż miło jej nasłuchiwać, szczególnie w takim wydaniu jak w „Tetrisie”. Wszystko zamyka głos Julii. Czasem ma się odczucie, że ucieka ona nieznacznie w stronę Katarzyny Nosowskiej, jednak nie jest to na tyle wyczuwalne, by posądzać wokalistkę o odtwarzanie innej artystki. Jest natomiast coś takiego w głosie Julii Marcell, co przyciąga uwagę: delikatność i kobiecość w czystej postaci. Chce się go słuchać i słuchać, niemalże wchłaniając w siebie. Najbardziej podoba mi się w piosenkach „Tarantino” oraz  ”Tetris”. 



Co do tekstów, to mam wrażenie, że każdy człowiek odnajdzie w nich siebie, jak w lustrze. Julia Marcell naigrywa się (przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie) z problemów ludzi żyjących w dzisiejszych czasach, choć za ośmieszeniem kryje się smutek, że przyszło nam żyć w świecie, w którym trudno znaleźć prawdziwą miłość, a ludzie pochłonięci są seksem i wulgarnością. Ironiczne ujęcie współczesnej rzeczywistości spaja poszczególne utwory, dzięki czemu są one niczym jedna wielka opowieść, z piosenki na piosenkę pochłaniająca słuchacza. Może teksty nie zaskakują kunsztem językowym czy wartością artystyczną, ale są oryginalne, dające do myślenia, momentami dosadne. Trudno tu o liryzm, skoro tematy są mało poetyckie. To jednak nie mankament, wprost przeciwnie: trzeba dużej odwagi i dystansu do siebie, by śpiewać choćby o profilach z portali randkowych („Andrew”). 


Chyba kręci mnie kapitalizm, chyba podnieca wyzysk i nadmiar. Mówisz: To normalne, to normalne, nie martw się, kochanie! – o takim właśnie zepsuciu śpiewa Julia Marcell. Ma świadomość, że sami w nie brniemy, gubimy się w tym, toniemy, a potem trudno jest nam odnaleźć samych siebie i prawdziwe wartości. Wchłaniamy zniekształconą rzeczywistość , rutyną staje się pogoń za sukcesem, nie ma miejsca na autentyczność. 


A tak zgodnie z piosenką „Tesko” wygląda współczesna miłość: Czy jeszcze pamiętasz, jak na pierwszej randce zabrałeś mnie do McDonalda? W dziwnej podniecie drżały mi palce.../ Tu wszystko cicho namawia do grzechu.../ Kochaj mnie w tesco bez pośpiechu. Brak w niej uczuć i emocji. Pozbawiona wyjątkowości sprowadzona zostaje do prozaicznej czynności, to zwykły kontakt cielesny, o którym decydują ludzkie żądze. 

Przedstawiając to, co dotyka ludzi z drugiej dekady XXI wieku, artystka nawiązuje do klimatów lat 80-tych ubiegłego stulecia. Niekiedy przytacza po prostu słowa Urszuli i Lombardu, co też jest interesującym zabiegiem, bo ożywia niegdysiejsze przeboje. Każda z kompozycji jest o czymś istotnym, nie ma tu banalnych treści. Najmocniejszymi utworami na tej płycie są „Tesko”, „Tetris” oraz „Ministerstwo Mojej Głowy”, jednak i pozostałe piosenki są odważne i bezpośrednie. Trafnie przedstawiają współczesną rzeczywistość, podporządkowaną konsumpcjonizmowi, mediom czy polityce. Tego brakuje w dzisiejszej muzyce: odwołań do tego, co nas otacza, do codzienności, do płytkości współczesnych związków i prymitywnych wartości. To mało efektowne tematy, a jednak! Naprawdę czasami wystarczy, aby teksty odwoływały się do rzeczywistości. 


Jedno pytanie do pani Julii Marcell: „Dlaczego tak krótko?!”. Album budzi niedosyt, dlatego apeluję, aby następny krążek był zwiększony przynajmniej o trzy albo dwa utwory.

Podsumowując, uważam, że jest to jeden z najlepszych albumów tego roku. Mamy na nim świetne teksty z przekazem, dopełnione równie udaną muzyką i wspaniałym głosem wokalistki. Całość tworzy spójne dzieło, któremu mało co można zarzucić, i dlatego oceniam je na 8 w skali 10-punktowej. Trochę za krótko i coś przeszkadza mi w perkusji, jednak są to niuanse i rzecz gustu.  Mam nadzieję, że kariera Julii Marcell będzie kwitła, a nas w dalszym ciągu piosenkarka raczyć będzie ciekawymi przemyśleniami, koniecznie po polsku.  Liczę, że już niebawem znajdą się na kolejnej płycie. Teraz jednak dajmy rozkwitnąć albumowi „Proxy”. Na pewno wrócę do niego. Po czterokrotnym przesłuchaniu krążka robię przerwę na przemyślenie zawartych na nim treści, a skoro tak, to znaczy, że nie pozostawia słuchacza obojętnym. Powodzenia i do zobaczenia gdzieś na koncercie! 

Recenzja: Przemek Ustymowicz
Korekta: Mariola Rokicka
Link do płyty: https://play.spotify.com/album/2cOrm2yAtz9F2siLLrvIbR
Czytaj dalej »

piątek, 7 października 2016

Ukeje - „ỤZỌ” [recenzja] ''Trafiło się jednorazowe szczęście...''

Do programów typu talent show podchodzę sceptycznie, zapewne jak wiele innych osób. Reżyserowane wystąpienia, emocje i zawsze  jakiś uczestnik z niezwykłą historią, który mimo braku talentu nią podbija serca widzów. I tutaj niestety się złapałem! Debiutancka płyta Damiana Ukeje, zwycięzcy pierwszej edycji programu The Voice of Poland, zatytułowana jego nazwiskiem przeszła obok mnie niezauważenie. Dopiero teraz po nią sięgnąłem w ramach porównania z nową płytą piosenkarza. Na pewno jest bardziej dojrzale, i to chyba najlepsze określenie „ỤZỌ”.



Tradycyjnie zacznę od oceny okładki płyty. Według mnie prezentuje się ona ciekawie. Jaskrawe barwy: żółta i czerwona świetnie współgrają z czarno-białym zdjęciem samego artysty, zamyślonego, może nawet przejętego albo smutnego. Same napisy nawiązują do dwóch kultur: Europejskiej oraz Afrykańskiej. Jest coś niezwykłego w tej okładce. Prosto, jednak nie jest to okładka robiona, na odczep się! 

Płyta posiada dość tajemniczy tytuł. Zrozumieć go można, poznając historię piosenkarza, bo nawiązuje do lgbo – języka jego ojca, Nigeryjczyka. ỤZỌ w tym języku oznacza drogę, i rzeczywiście  prezentowany krążek jest właśnie taką drogą. Słuchając go, wybierzemy się w nią i na swój sposób będziemy mogli doszukać się podczas niej samych siebie. Ale o tym później.

Teraz o muzyce. Nowy krążek artysty na pewno jest dojrzalszy od poprzedniej płyty, bardziej rockowej, nieco nierównej i chaotycznej. Ukeje rozwinął się muzycznie i wraca do słuchaczy z niezwykłym krążkiem, przemyślanym i dopracowanym. Pod względem muzycznym płyta jest niezmiernie klimatyczna. Zawarta na niej muzyka przywodzi na myśl wysokie góry i morderczą wspinaczką na  szczyt, podczas której wielokrotnie chce się zrezygnować, ale coś dalej nas niesie i w końcu zdobywamy upragniony cel. Takiego tempa nadają ciekawe, wyraźnie podkreślone rytmy perkusyjne, które, kiedy trzeba, wyciszają się i przechodzą w bardziej klimatyczne dźwięki. Często muzycy wykorzystują też rozwiązania elektroniczne. Zwłaszcza bębny robią wrażenie, tworzą niepowtarzalny klimat, dodają nowoczesności. Szczególnie podobają mi się w „Tu i Teraz”.  



Co ważne, utwory, choć muzycznie bardzo urozmaicone, są oszczędne w środkach wyrazu. Nie ma tu niepotrzebnego przepychu i nakładania wielu instrumentów na siebie. Zadbano o sekcję rytmiczną,  co jest istotne, gdyż głównie perkusja może nadać wrażenia ruchu i zapewnić  odbiorcom inne słuchowe doznania. Zaplanowano każdy najdrobniejszy motyw, w efekcie czego nie ma przypadkowych brzmień.  Jest za to przestrzeń i to ile przestrzeni! Przeważa gitara akustyczna, co wyjątkowo lubię, i myślę, że to ona dodaje płycie lekko folkowych klimatów, jednak w rozsądnych granicach. Duże brawa należą się muzykom za wyczucie i muzyczną równowagę: kiedy trzeba, słyszymy klawisze i różne syntezatory, a milkną, gdy nie są potrzebne. Brawa też za to, że potrafią oni za pomocą instrumentów wydobyć  jak najwięcej emocji. I jest to jedna z zalet, jesteśmy raczeni, oprócz emocjami z tekstów, to także emocjami wypływającym prosto z muzyki, która jest niepowtarzalna!



Utworem świetnie zbilansowanym pod względem muzycznym jest „Stan Nieważkości”. Mamy tu klimatyczne przerwy, kiedy da się słyszeć same bębny. Artyści operują dźwiękami niezwykle subtelnie. Cudo! Z kolei utworem, którym przypadł mi do gustu wyłącznie ze względu na bardzo dobrą gitarę akustyczną, jest „Dziurą w Kieszeni”. Kawałkami, które zasługują na wyróżnienie, są ponadto wspomniane wcześniej  „Tu i Teraz”, otwierający krążek utwór „Drzewo”, który doskonale wprowadza nas w ogólny klimat całej płyty, a także piosenka  „Niedopałki”, mająca w sobie pazur i poprzez muzykę wyrażająca złość i żal. Jednak moim faworytem, może ze względu na to że był to singiel promujący płytę jest to piosenka ''Film''.

No i oczywiście na koniec zostawiłem to, co podoba mi się najbardziej na tej płycie, czyli sam głos Ukeje. Uwielbiam wokalistów odważnych, zdecydowanych, panujących nad swoim głosem, a przy tym oddających różne emocje. Taki jest Damian Ukeje, obdarzony do tego intrygującą chrypą. Potrafi być  zarówno zbuntowany, z rockowym pazurem (np. w „Tu i Teraz”, gdzie muzycy zostawili mu dużo przestrzeni), jak i delikatny, refleksyjny, pełen melancholii (np. w „Za Mało”).


Tekstowo płyta również stoi na dobrym poziomie. W pisaniu słów zaangażowani byli m.in. Sarsa, Piotr Rogucki oraz Zofia Jaworowska. Jest dojrzale, uczuciowo i nieschematycznie. Teksty opowiadają z reguły jakąś historię, którą każda osoba może odczytywać na swój sposób. Niedosłowność i wieloznaczność w miejsce oklepanych metafor, wlokących się przez wiele kawałków u innych artystów, to duża zaleta płyty. O to chodzi, aby zaciekawić i skłonić do własnych poszukiwań interpretacyjnych. Myślę, że płyta w dużej mierze zachęca do podejmowania wysiłku mimo nieudanych prób, zawsze przecież  trzeba dążyć do celu, nawet jeżeli nie przyniesie to efektów. Według mnie o tym jest piosenka „Drzewo”. Drzewem, na które chce się wspiąć bohater tekstu, jest po prostu życie, a gwiazdy to nasze marzenia, które mimo krótkich dni i nocy trzeba spełniać. Taka jest moja interpretacja i to jest wspaniałe w tej płycie: dowolność i niejednoznaczność w tekstach.  
Ujęły mnie oprócz tego słowa piosenki „Film”. Może niektórzy zarzucą jej prostotę, ale bywa, że i w prostocie tkwi piękno.
Album ma kilka wad, jak wszystko, co znajduje się na naszej planecie. Na pewno nie podoba mi się piosenka, którą Ukeje śpiewa wraz z Sarsą, ale może to przez to, że nie przepadam za jej osobą. Myślę, że znalazłby się jeszcze z dwa kawałki, odbiegające od reszty, jednak większość utworów zapewni słuchaczowi ekscytującą podróż. Dla mnie ta podróż pełna wrażeń zaczyna się u stóp wielkiej góry, a kończy na jej szczycie.

Dlatego za to, że dotarłem na ów szczyt, a nie spadłem gdzieś po drodze, z radością daję albumowi 8 punktów na 10 możliwych. Album naprawdę mnie urzekł i dlatego jego ocena jest bardzo wysoka. Damianowi Ukeje i pozostałym muzykom życzę powodzenia w promowaniu albumu oraz wielu koncertów, a w najbliższym czasie kolejnego albumu, który zapewne zabierze mnie w inne ciekawe miejsce. Dobra robota!




Recenzja: Przemek Ustymowicz
Korekta: Mariola Rokicka
Link do płyty: https://play.spotify.com/album/6KPsCtjV6sdHKw4c9Z8r7i
Czytaj dalej »

niedziela, 2 października 2016

Agnieszka Chylińska - ''Forever Child'' [recenzja]

     Po siedmiu latach od wydania płyty „Modern Rocking” niespodziewanie powraca polska „Królowa Łez”. Ukazuje się album, który trzymany był w tajemnicy, przewidziany jako niespodzianka, mająca zaskoczyć wszystkich. No i w końcu 30 września z pełnym rozmachem niczym bomba wyłania się album „Forever Child”. Moje odczucia po jego wysłuchaniu? Z pewnością zaskoczenie, a czy pozytywne, zaraz się okaże. 



     Sama okładka współgra z wizerunkiem, jaki artystka kreuje w tym albumie. Na okładce widnieje świetne czarno-białe zdjęcie samej Agnieszki Chylińskiej. Właśnie taką ją widzę po przesłuchaniu płyty – zwiniętą w kłębek. Skulona w pozycji embrionalnej wydaje się bardzo samotna i bezbronna wobec problemów, które niesie życie, co dodatkowo zostało podkreślone jej nagością. Sama artystka mówi, że album ten powstał, kiedy znalazła się na życiowym zakręcie. Okładka jak najbardziej na wielki plus!


    No i niestety po wielkim plusie muszą przyjść głównie minusy. Nie wiem dlaczego, ale płyta pod wieloma względami do mnie nie przemawia, a szczególnie jeśli chodzi o kwestie muzyczne. 

    Wiele portali  zachwyca się, chyba przez uznanie, jakim cieszy się Chylińska, muzyką z jej najnowszego krążka. Podobno łączy ona dwa style: rockowy i nowoczesny, a obecnie bardzo popularne jest takie łączenie stylów i możliwości muzyki. Ale co mamy przez to rozumieć? Czy jest to dodawanie elektroniki jako tła i linii pobocznych, nadających harmonii i wyrazistej barwy, a może wpychanie na siłę różnych udziwnionych motywów, które mogą kojarzyć się z muzyką klubową? Nie znam na to odpowiedzi, jednak tak prezentuje się nowa płyta: jest to swoista plątanina muzyczna. Piosenki nie pasują tu do siebie, tak jakby były wycinkami z różnych albumów, niekoniecznie związanymi ze sobą gatunkowo.


    Płytę otwiera „Klincz” i już on wprawił mnie w konsternację. Sprawdziłem dwa razy, czy aby na pewno włączyłem dobrą płytę. Kawałek rozpoczyna się niczym klubowy mix utworów DJ’a z pobliskiego mniejszego miasta, który zdecydował się na promowanie swojej działalności. Niestety powtórzyło się to jeszcze w kilku kawałkach. Oczywiście znalazłem też parę piosenek, które bronią albumu. Spodobały mi się zwłaszcza dwa utwory: „Królowa Łez” oraz „Kiedy przyjdziesz do mnie”. W nich łączenie dwóch stylów jak najbardziej mi odpowiada, ponieważ nie dominuje  tu raniący uszy bit, przytłaczający inne środki muzyczne. 
     
    W ''Królowej Łez'' wyraźnie słychać gitarę, która rozpoczyna ten kawałek. Później, gdy piosenka się rozwija, dochodzi elektronika, użyta wyłącznie jako nienachalny smaczek. To przemyślane, wyważone zastosowanie elektroniki, nadało piosence klimatu i nowoczesności, o którą ostatnio tak starają się artyści. Spojone ze sobą dwa style właśnie tak, jak trzeba. Szkoda tylko, że nie we wszystkich utworach muzycy postąpili podobnie
   Natomiast  piosenka „Kiedy przyjdziesz do mnie”, którą muzycznie stawiam na równi z poprzednią , zmierza bardziej w stronę brzmienia Agnieszki Chylińską z jej okresu współpracy z O.N.A, co niesamowicie przypadło mi do gustu. Przeważa tutaj przesterowana, wyrazista gitara, prosta, bo prosta, ale robiąca wrażenie, szczególnie w solówce, w która przez parę sekund raczy nasze uszy. Oprócz tych dwóch piosenek trzeba wymienić również utwór „Zostaw”, jeden z mocniejszych kawałków. Jest sugestywnie, głośno i dosadnie. Tutaj także gitara stanowi motyw przewodni. Słychać ciężki riff na gitarze w dość niskiej tonacji. To lubię!



    Nie będzie zaskoczeniem, jeśli za największy atut płyty uznam głos wokalistki, która przyzwyczaiła nas do tego, że idzie na całość. Chrypa to jej znak rozpoznawczy, ale kiedy trzeba, Chylińska umie przekazać spokojniejsze emocje. Linią wokalną oddaje cały wachlarz  uczuć – od roztargnienia i złości, poprzez żal i smutek, po kompletne wyciszenie i spokój.  Wokalnie artystka chyba nigdy nie zawodzi. Myślę, że nawet, gdyby wydała płytę disco polo, wszystko obroniłaby głosem. Klasa sama w sobie, coś wspaniałego!

    Teksty piosenki, choć najprawdopodobniej dyktowane wydarzeniami z życia, niestety są monotonne, co nie znaczy, że jednoznaczne, ponieważ czytałem już kilka propozycji interpretacji do kilku z nich. Miłość, rozstanie i ból to główne ich motywy. Utwory dotyczą kobiety rozchwianej emocjonalnie, czującej żal do pewnego mężczyzny. Ale taki już wizerunek naszej polskiej „Królowej Łez”. Mimo kilku fragmentów ciekawych lirycznie, szczególnie w piosence „Fajerwerk”, słowa nie porywają. Zresztą trudno, by przemówił do mnie tekst: ''Kocham cię ale cię nie lubię''. Momentami jest banalnie i nużąco, a cały krążek zdaje się jednym wyrzutem sumienia. Może niektórym to się spodoba, jednak ja wolę rozmaitość i wielowątkowość.  


    Podsumowując: tak szybko jak się rozpaliłem, sięgając po płytę, tak równie szybko przygasł mój zapał. Ma ona co prawda kilka przebłysków, lecz w dużej mierze tworzą ją nieudane zabawy z nowoczesnym brzmieniem, które idzie zdecydowanie w złą stronę. Dwa, może trzy dobre teksty, które naprawdę zasługują na brawa, to za mało na moje oczekiwania. Muzycznie słabo, na szczęście rekompensują to niepowtarzalny głos artystki, który jest już kultowy, oraz trafiona okładka, świetnie przedstawiająca  treść płyty.

    Jeżeli wystawię albumowi złą ocenę, zostanę zlinczowany, bo nie do końca na nią zasługuje. Jeżeli bardzo dobrą – postąpię wbrew sobie. Z czystym sumieniem krążkowi „Forever Child’’ przyznaję zatem 5 punktów w skali od 0 do 10. Myślę, że do niektórych słuchaczy płyta ta może trafić zarówno muzycznie, jak i lirycznie, w zależności od tego, czego akurat szukają. Jeśli mają potrzebę utożsamienia się z kimś, kto jest zagubiony, rozczarowany miłością i przepełniony żalem, trafią idealnie.
Życzę muzykom powodzenia w promocji albumu, udanej trasy koncertowej, która została już zapowiedziana, no i następnej płyty, trochę lepszej od tej. Powodzenia!


Recenzja: Przemek Ustymowicz
Korekta: Mariola Rokicka 
Link do albumu na spotify: https://play.spotify.com/album/2v2XMDBrDk89fW4IcrhAIu
Czytaj dalej »

wtorek, 27 września 2016

Hey - Błysk [recenzja] ''Spałam, gdy się kończył świat...''

„Spałam, gdy się kończył świat’”... Oj, dreszcz jest i będzie przez długi czas. Z powodu mojej długiej absencji teraz nadrabiam swoje zaległości. W oczekiwaniu na nową płytę Comy z czeluści mojego umysłu wygrzebałem wiadomość, że Hey wydał nową płytę. Od razu zabrałem się do słuchania. Niektórzy mówią, że o Hey już nie warto łamać pióra, bo wiadomo, co trzeba napisać. Ja jednak zdecydowałem się ująć „Błysk” w kilka błyskotliwych, a może nie słów.




Co do okładki, to dostrzegam ostatnio, że artyści wybierają całkowity minimalizm przy tworzeniu swoich okładek. Okładka nowego krążka Hey doskonale wpisuje się w ten trend: zwykła okładka z jakimś napisem – tak w skrócie można ją opisać. Prezentuje słaby poziom? Niekoniecznie. Na pewno nie przyciąga, raczej kłuje w oczy swoim jaskrawym kolorem – w końcu błysk to błysk, i być może o to tu chodzi. Pomysł pewnie i ciekawy, ale do mnie nie trafia. Może rację mają ci, którzy mówią, że nieważne to, co jest z zewnątrz, liczy się wnętrze, dlatego przejdźmy do ‘’duszy’’ płyty.



Przed Panią Katarzyną Nosowską chylę czoła. Jest to postać wyjątkowa, której nie da się nie znać. Dlatego każdy nowy album grupy Hey jest dla mnie czymś wyjątkowym, a kiedy usłyszałem, że Hey ma powrócić do gitarowego grania, moje oczy zapaliły się niczym świeczki. Jednak tylko głupiec mógłby myśleć, że nowa płyta sięgnie do korzeni i znowu z naszych głośników będą leciały dźwięki grunge’a. 

Płyta otwiera się piosenką „Szum”, która jak żadna inna kojarzy mi się z samą wokalistką. Jest mocny klimat – pesymistyczny i budzący niepokój, wywoływany melodeklamacją Katarzyny Nosowskiej. Do tego z ogromnym ładunkiem emocji. Po prostu cudo! 

Nosowska nie skłamała w zapowiedziach, gdyż rzeczywiście mamy tutaj dużo gitarowego grania – przykładem tego mogą być „Szum” czy „Prędko, prędzej”. Szczególnie w tym drugim utworze robi wrażenie dobry riff oraz wyrazista solówka, bardzo przypominająca stary Hey. Przygotowując płytę, zespół postawił na rytmikę, dlatego punktem szczególnym jest tutaj sekcja rytmiczna.  Przewodzą wyraźny bas, idący w kierunku groove’u, oraz perkusja. Nie brak też hipnotyzujących melodii gitarowych i klawiszowych dźwięków, a co ważne, harmonii nadaje wyrazista elektronika, która nie burzy jednak spójności utworów ani nie przeszkadza innym instrumentom. 

Utwory są różnorodne: w jednych smaczkiem jest to, w innych tamto. Za jedną z lepszych piosenek uważam utwór „Cud” – bardzo łagodny, kojący, przywołujący baśniową nastrojowość. Podobnie otwierająca krążek piosenka „Błysk’’ tworzy niepowtarzalną atmosferę – słuchając jej, czułem się, jakbym szedł sam przez ciemny las, wkoło wszystko powoli się burzyło, a w uszach dzwonił tylko głos Nosowskiej. W kawałku „Prędko, prędzej” urzekły mnie powrót do stylu zespołu i wybitna solówka, w „Hej, hej, hej” – końcówka, gdzie pobrzmiewa wiele głosów ze szczyptą elektroniki. Za to daniem głównym dla każdego fana elektroniki i sprytnych innowacyjnych rozwiązań jest „I tak w kółko’”, piosenka aż kipiąca elektroniką i lekko psychodelicznymi rozwiązaniami. Szczerze powiedziawszy, przydałoby się więcej takich utworów – elektronicznych z mroczną, budzącą napięcie melodeklamacją Nosowskiej, bo już zdążyłem się otworzyć na nowe alternatywno-rockowe brzmienie Hey. 

A sama linia wokalna? Nosowska dużo kombinuje, ale jej wolno. Z pewnością nie nudzi słuchaczy. Raz mocno wykorzystuje chrypę, innym razem śpiewa niezwykle delikatnie. Czasem mogłoby się wydawać, że za dużo tu kombinacji, ale jest coś w jej głosie, co porywa. Bywa w utworach innych grup, że wokal jest tłem dla melodii, tutaj nie ma miejsca na takie zabiegi. Piosenkarka przewodzi swoim głosem, znacząco nadaje brzmienia, wypełnia muzykę. Efekt? To wydanie Nosowskiej z „Błysku” z dotychczasowych odsłon podoba mi się najbardziej.  


Jeżeli zna się dorobek Katarzyny Nosowskiej, wiadomym jest, że liryka jej utworów jest specyficzna. W tekstach z najnowszego albumu  porusza wiele kwestii, z tym że dominują teksty osobiste. Taką anegdotą może być tekst utworu „Ku Słońcu”, nawiązujący do historii jej matki, którą od niej usłyszała. To historia o panu, który zaczepił matkę artystki na ulicy Ku Słońcu w Szczecinie, pytając o jej sąsiada(Chyba tak to było!). Teraz ona kończy tę historię, opowiadając o Panu ciemnej karnacji – sir Alfonzo Moralezie, który przybył do Polski w poszukiwaniu lepszego życia. W utworach z krążka dużo również nawiązań do natury, ciekawych porównań i opisów. Najbardziej lirycznymi utworami są „Cud” i „Błysk”. Teksty nie są łatwe w odbiorze, chociaż w moim odczuciu łatwiejsze i lżejsze od tych z poprzednich albumów. Praktycznie każdy z utworów wywołał we mnie jakieś przeżycie. Wyjątkiem jest piosenka „Historie” – dużo słabsza na tle pozostałych . 



Bez wątpienia krążek „Błysk” pokazał, że zespół Hej, już kultowy na polskiej scenie, nadal potrafi proponować  świeże dźwięki, bawić się formą, poruszać odbiorcę tekstem i melodią, słowem: czerpać z muzyki to, co najlepsze. W efekcie utwory, które składają się na krążek, wywołują wiele ciepła, ale kiedy trzeba, pobudzają nas zimnym powiewem. Świetnie przenoszą w inną rzeczywistość, a przecież w sztuce o to chodzi. 

Jako że nie ma rzeczy doskonałych i zawsze można się do czegoś przyczepić (głównie okładka i „Historie”...), ja z czystym sumieniem płycie „Błysk” w skali 0-10 daję ocenę 9, i to nie za sprawą  samej wokalistki czy ze względu na dorobek i doświadczenie zespołu. Dobra robota to dobra robota! Zwłaszcza że od uznanych formacji zawsze oczekuje się wysokiego poziomu. Tu z pewnością został on utrzymany. Życzę z całego serca przynajmniej jeszcze jednej płyty tak dobrej jak ta, wielu koncertów i tego, że pewnego dnia znajdę się w tłumie podziwiającym Panią Nosowską. Powodzenia! 



Recenzja: Przemek Ustymowicz
Korekta: Mariola Rokicka 
Link do płyty na spotifyhttps: //play.spotify.com/album/5lmufalwSoEM9DQcDuVGet

Czytaj dalej »

niedziela, 11 października 2015

Mjut - 9 [recenzja]

Wracamy znowu do poprzedniego miesiąca, a dokładnie do płyty zespołu Mjut, który po pięciu latach raduje nas albumem pt. ''9''. Z braku czasu oraz lekkiej nieuwagi, nie miałem okazji przesłuchać płyty w dniu jej premiery, ale wszystko już zostało nadrobione. Panowie artyści kazali długo czekać, aby znowu można było usłyszeć ich w akcji, jednak wracają znowu na półki.




O okładce płyty powiem niewiele, ponieważ nie jest najlepszą okładką, ani najsłabszą jaką kiedykolwiek widziałem. Moje odczucia są inne i widziałbym ją zupełnie inaczej, lecz tak jak powiedziałem, nie jest źle i może znajdą się kolekcjonerzy, którzy będą cieszyć się jej widokiem.

 Ostatnia płyta oraz piosenki Mjut przyzwyczaiły mnie do niepowtarzalnego klimatu muzycznego, który wywołuje na moim ciele ciarki - wyrazistej linii basowej, świetnych motywów oraz melodii, a skończywszy na barwie głosu Patryka Kienasta, który jest delikatny, lecz kiedy trzeba naprawdę daje czadu.


Energia szczególnie jest odczuwalna właśnie na tym albumie, który jest nieco bardziej energiczny od swojego poprzednika. Dziewiątka nie zawiodła mnie wcale pod względem muzycznym jest to czego oczekiwałem. Słuchając piosenki ''Tyle, ile Chcę'', która została wydana długi czas przed premierą płyty, czułem zapowiedź czegoś naprawdę świetnego.




''9'', jest to połączenie naprawdę świetnych motywów gitarowych z lekką i klimatyczną elektroniką, która nadaję świetnego nowoczesnego brzmienia piosenką, które osobiście bardzo lubię . Wyrazisty bas oraz świetne wstawki drugiej gitary, powodują że słuchając płyty wyłączyłem się całkiem i przeniosłem się do muzycznego świata Panów z Trójmiasta.

Najlepszym jest to że album nie jest monotonny. Płyta zaczyna się mocno, wyraziście i brudno utworem ''Nietoperz Mówi Nie'', który zalatuje na kilometr Spiętym i Lao Che, inne utwory zaś brzmią typowo alternatywnie np. ''Tyle, ile Chcę'', który jest na pewno hitem tej płyty. Natomiast utwór ''Zły Los'' to już zupełnie inna bajka - ciekawe eksperymentowanie z dźwiękami daje nam naprawdę piosenkę, nad którą warto przystać na dłużej.

Teksty Mjut zawsze były oryginalne, dość trudne w odbiorze i nie każdemu na pewno mogły się spodobać. Podobnie jest na tej płycie, która jest bardziej optymistyczna, momentami można odczuć dość dosłowne oraz proste w przekazie słowa, jednak teksty są utrzymane na poziomie oraz w stylu Mjut, który osobiście uwielbiam.

Minusem natomiast jest ilość piosenek na płycie, która pozostawia po sobie niedosyt. Według mnie jak na tak długi okres czekania, artyście mogli uraczyć nas dwiema, bądź trzema piosenkami więcej. Natomiast liczy się jakość, a nie ilość i czasami lepiej pójść spać z niedosytem, niż przesycić się i nie powrócić więcej do tej samej restauracji.


Po pięciu latach czekania jestem bardzo zadowolony z płyty . Mjut kazał czekać, ale wydał krążek, który jest naprawdę dobrą alternatywą. Łączenie gitary z dźwiękami elektronicznymi wyszło zespołowi, jak najbardziej na plus. Teksty to niezła liryka, która nie każdemu musi się spodobać, lecz mi odpowiada głównie w całości.
Moja ocena to 8/10. Osobiście jestem fanem zespołu, oczekuję koncertu grupy i mam nadzieję, że na następny album nie będziemy musieli czekać kolejnych pięciu lat.



Recenzja,
Przemek Ustymowicz


link do płyty za darmo: https://play.spotify.com/artist/1wUHBeEqTjk4NEi2KacDih
Czytaj dalej »

piątek, 9 października 2015

Marcelina - Gonić Burzę (2015)

W końcu doczekałem się albumu, na który wypatrywałem z upragnieniem.  Marcelina słodka i grzeczna dziewczynka swoim głosem urzekła mnie dawno temu, dlatego stała się moją ulubioną polską artystką. Jej ostatnie albumy słuchało mi się na ogół z przyjemnością, dlatego oczekiwania na pewno wzrosły. W końcu doczekałem się jej trzeciego albumu pt. '' Gonić Burze'', za którego słuchanie zabrałem się z namiętnością.




Od razu powitała mnie trafiona okładka płyty. Nie wiem dlaczego, ale właśnie, tak wyobraziłem sobie Marcelinę piszącą teksty do tej płyty - leżącą w zamyśleniu, przy kubku herbaty rozmyślającą nad doborem słów. Prosta artystyczna fotografia - nic prostszego, aby okłada nie odstraszyła kolekcjonera, zanim ten przejdzie do słuchania płyty.


Płyta ''Gonić Burzę'' jest to świetny miszmasz muzyczny, który jak ulał pasuje na jesienne wieczory.
Kiedy Marcelina wypuściła do sieci singiel '' Nie Mogę Zasnąć'', pomyślałem: ''Wow, ale to ma w sobie dużo energii!''. Takiej też płyty zacząłem oczekiwać - energicznej, mocno gitarowej z jak zwykle dobrym tekstem. Dostałem natomiast wiele miłych zaskoczeń, oczywiście energii płycie nie brakuje w żadnym wypadku.

O muzykę nie martwiłem się w żadnym stopniu. Robert Cichy zadbał o dobry dźwięk gitary, aby nie był zbyt twardy, nieprzejrzysty i mało kobiecy. Cichy jest mistrzem różnego rodzaju zagrań oraz komponowania, a reszta muzyków m.in Michał Olesiński, Marcin Ułanowski oraz Jacek Szafraniec dopełnili wszystko swoimi instrumentami. Stworzyli w ten sposób muzykę, która jak najbardziej kojarzy mi się z twórczością Marceliny.

Artyści uraczyli nas rozmaitymi stylami. Mamy dużo utworów, które są mocno folkowe np utwór pt. ''Świt'', gdzie użyto gitary klasycznej, natomiast rockowym smaczkiem jest '' Nie Mogę Zasnąć''. Ciekawym rozwiązaniem też popisali się muzycy w utworze '' Liliowa'',  gdzie zrobiony został ciekawy, klimatyczny, również folkowy wstęp.
W utworach głównie dominuje gitara akustyczna, jednak jest ona dopełniana innymi instrumentami. Usłyszeć można również skrzypce, które sprawiają bardzo przyjemny folkowy klimat.



No i oczywiście całą muzykę swoim delikatnym i jedynym w swoim rodzaju głosem dopełnia Marcelina. Delikatnie porusza się pomiędzy dźwiękami, jest czuła oraz emocjonalna. Co sprawia dopełnienie idealne. Jak tutaj nie kochać jej głosu? Kobiece teksty oraz idealnie skomponowana muzyka tworzy spójną całość, której można słuchać w kółko i kółko.

Pani Stoszek w tej płycie udowodniła również swoją wszechstronność - poruszanie się pomiędzy ciepłymi utworami, następnie przechodząc na bardziej stanowcze kawałki, aż po rockowy utwór z pazurem to wymaga na pewno nie lada wyzwania.

Na płycie jest dużo tematów miłości i tego nie da się ukryć, jednak Marcelina według mnie pominęła wszelkie zapisane schemaciki takich piosenek - nie ma tutaj w kółko śpiewania o złamanym sercu, bólu oraz czekaniu na lepszy czas. Teksty to ładne liryczne historie, które słucha się z przyjemnością .
Przykładem jest utwór ''Liliowa'' jeden  z lepszych na tym albumie.
Kolejnym miłym smaczkiem jest piosenka pt. '' Jak Szepczą Mewy'' - bardzo dobra muzycznie , jednak najlepszym w tym jest dopełnienie wokalu Marceliny, przez wokal męski. Buduje to pewien romans, który świetnie pasuje w tej piosence. Takich smaczków mogłoby być więcej, lecz trzeba uważać, aby smaczek nie przerodził się w przesyt.





Całe szczęście na płycie nie ma przesytu, oklepanych tematów czy motywów. Płyta jest bardzo ciepła w stylu Marceliny, która świetnie balansuje pomiędzy różnymi stylami, leczy w tym utrzymując swój , który pozwoliła sobie zbudować, przez ostatnie lata.
Jej delikatność wypełnia muzykę, która jest skomponowana bardzo miękko, przejrzyście, a co najważniejsze jest różnorodna.

Moja ocena jest jasna i jednoznaczna ( wcale nie kierowałem się moją cichą miłością do artystki, haha). Album Marceliny  pt. ''Gonić Burzę'' otrzymuję ocenę 9/10.
Jestem przekonany, że nie raz jeszcze powrócę do tego krążka, a kilka  piosenek zawartych na płycie zrobi nie lada szum w świecie muzycznym,


Recenzja,

Przemek Ustymowicz


link do płyty za darmo: https://play.spotify.com/album/6yswp2JKseBB4mU0Hf1rQ7
Czytaj dalej »

wtorek, 29 września 2015

OCN - Demon i Karzeł

Znowu wracamy do Wrocławia w związku z premierą płyty grupy Ocean '' Demon i Karzeł''. Sama nazwa krążka, nie bardzo mnie przekonuję i myślę, że od singla promującego płytę są lepsze utwory, lecz jak to mówią; '' Nie oceniaj książki po okładce''. Ja z tym powiedzeniem nie miałem zamiaru toczyć sporów i zabrałem się do słuchania albumu.



Okłada na sam początek robi dobre wrażenie z wyjątkiem nieszczęsnej nazwy, która na szczęście jest napisana dość małym drukiem. Okładka to bardzo ładna fotografia z idealnie kontrastującymi kolorami, które cieszą oko, a sam widok który przedstawia okładka jest na pewno lekkim odwzorowaniem klimatów płyty - bo kiedy słucham takie numery jak ''Na Oślep'' wyobrażam sobie właśnie okładkę oraz to miejsce. Do tego proste logo zespołu bardzo ładnie wpaja się w całe tło. Okładka jak najbardziej na plus.


Przejdźmy do sedna. Cała płyta jest to przeplatanie mocnych i szybkich rockowy brzmień bez  postojów z tymi wolniejszymi i lekkimi w odbiorze, gdzie możemy usłyszeć brzmienia gitary akustycznej oraz możemy doświadczyć przyjemności delektowania się małymi smaczkami, czy to w tekstach, czy muzyce. Czy taki zabieg jest dobry? Trudno  powiedzieć, myślę że głównie zależy to od gustów słuchaczy, czy wolą słuchać płyty, która w całości składa się z porządnego, szybkiego grania  bez wymówek, czy lubią dostać chwilę wytrawności. W mojej opinii na tej płycie kompletnie mi to nie przeszkadza, bo miłym jest kiedy zaczyna brakować powietrza, a nagle dostajemy chwile na złapanie oddechu. Co prawda te szybsze numery są dość monotoniczne i bardzo podobne do siebie, natomiast numery takie jak '' Na Oślep'', czy ''Na zawsze'', według mnie bardzo ratują całą sytuacje.
Wokal Macieja Wasio jest naprawdę dość ciekawy, mocy i wyraźny. jego barwa na pewno nie pozwoli na to aby słuchacz był znudzony niepewnością, czy brakiem charyzmy.










Wrocławska grupa pozwoliła sobie na kompletne pomieszanie brzmień i według mnie to sprawia, że płyta staje się urozmaicona oraz ciekawa w odbiorze. Jednym może to przeszkadzać jednak ja w tej sprawię jestem bardzo pozytywnie nastawiony. Płyta składa się z lepszych i gorszych numerów - wiadomo nie wszystko jest idealne, ważnym jest to że są to jakieś osobiste emocje, które nie są przekazywane na siłę. Minusem jest nazwa płyty, jest to tak naprawdę drobny, natomiast istotny szczegół. 
Nie mogę odnieś się do wcześniejszych płyt grupy OCN, ponieważ do lektury przystąpiłem od końca myślę jednak, że moja ocena nie będzie zbyt surowa oraz powierzchowna. W skali od jednego do dziesięciu punktów Panowie z Wrocławia dostają punktów 6. Punkty zostały odjęte za: monotoniczność kawałków, która tak naprawdę jest to przełknięcia, lecz wada pozostaje dalej. Kolejny punkt został odjęty za nie trafioną nazwę płyty, co w mojej opinii jest dość istotnym elementem odbioru oraz emocji. Ostatnią rzeczą jest to że płyta cała w sobie jest dla mnie jednorazową przygodą. Są numery, które wpadły mi w ucho i na pewno do nich powrócę, jednak krążek ''Demon i Karzeł'', dla mnie pozostawia wiele do życzenia.


link do płyty: https://play.spotify.com/album/5jlTOpWMoBQfsVBpCLbI5L

Recenzja 

Przemek Ustymowicz 
Czytaj dalej »

sobota, 19 września 2015

Video - Doskonale Wszystko Jedno - ''Prostota drogą do sukcesu!''

Sierpień 2015 rok. po 4 latach w końcu na rynku pojawia się album '' Doskonale Wszystko Jedno''. Oczekiwania są dość duże, po dobrym albumie '' Nie Obchodzi Nas Rock'', na którym znalazły się piosenki takie jak '' Papieros'',  ''Środa Czwartek'', ''Fantastyczny Lot'' i wiele innych.
Video wykreowało sobie przez ostatnie lata wizerunek zgranej ekipy, która każdego roku gra wiele udanych koncertów w różnych miejscach Polski. Hity wyżej wymienione często goszczą na listach rożnych stacji radiowy, a więc co tym razem szykuje nam płyta '' Doskonale Wszystko Jedno''?



No i sam początek zaczyna się bardzo dobrze! Okładka płyty jest strzałem w dziesiątkę - kaseta z ręcznie wykonanym napisem tytułu płyty, który został wykonany przez Wojtka. Jest to oldschoolowe rozwiązanie, które na pewno cieszy widokiem oraz jest gratką dla kolekcjonerów.

Płyta składa się z jedenastu utworów, które muzycznie  są całkowicie tym co Video zdążyło wypracować do tej pory. Nie twierdzę, że jest to odgrzewany kotlet dwóch ostatnich płyt, jednak oczekiwałem czegoś innego - jakiś innowacji, małych zmian po prostu czegoś nowego. Natomiast jest to styl, który Video wykreowało sobie na przestrzeni czasu i oczywiście to działa, bo dalej z przyjemnością wysłuchałem płyty dwukrotnie, a niektóre numery dodałem do własnej playlisty.





 Prostota według mnie idealnie opisuje, tę płytę.
 Prosta nieskomplikowana akordowa muzyka z chwytliwym motywem np. jak w piosence '' Wszystko Jedno''. Nie chcę, aby stwierdzenie to było odbierane negatywnie, ponieważ prostota w muzyce pop - rockowej naprawdę się sprawdza. Płyta posiada parę dobrych numerów takich  jak '' Wszystko Jedno'', ''Ktoś Nowy'', czy naprawdę energiczny ciekawy utwór '' Jestem Zerem'', który został napisany przez Pawła Stępnia - perkusistę zespołu.

Niestety, jeżeli chodzi o teksty to złożeni poeci oraz inni myślicie mogą odczuć rozczarowanie. Teksty są mało liryczne, więc co za tym idzie - sensu długo nie musimy się doszukiwać, chociaż z drugiej strony, czy jest to minus? Można powiedzieć, że nie. Video przyzwyczaiło mnie, że teksty ich piosenek są bardzo dosłowne, łatwe w odbiorze, lecz bardzo chwytliwe co sprawia, że na koncercie publiczność nawet jeżeli wcześniej nie słyszała utworu, może szybko podchwycić, chociażby refren, którejś z piosenek i nie odstawiać od reszty śpiewających fanów.  Myślę, że to wszystko też bardzo broni głos Wojtka, który naprawdę dla mnie jest jednym z lepszym wokalistów na Polskiej scenie rockowej.



Prostota drogą do sukcesu. Na pewno jest to jeden z elementów sław zespołu Video, który gra ze sobą od 2007 i do tego czasu zespół odniósł wiele sukcesów w swojej karierze.
Na pewno zdążyli przez ten spory czas wykreować sobie pozycje na polskim rynku muzycznym oraz zebrać masę fanów.
Trzecia płyta jest zupełnie taka jak sami muzycy oraz ich styl, który przez ostatnie dwie płyty praktycznie się nie zmienił, a dalej działa. Chwytliwe teksty z dobrą muzyką oraz jednym z lepszych wokali tworzą to co jest potrzebne w gatunku wykonywanym przez Video.
'' Doskonale Wszystko Jedno'' ode mnie otrzymuję ocenę 7/10. Za co? Na pewno za okładkę, która jest naprawdę świetnym oldschoolowym rozwiazaniem. Za stały styl, który wciąż się podoba, a na pewno nie nudzi oraz za kilka naprawdę udanych numerów, przy których publiczność koncertowa będzie świetnie się bawiła.
Płyta jest naprawdę dobrym, lecz nie najlepszym krążkiem zespołu, jednak dalej jest to kawałek solidnego pop - rockowego grania.


Recenzja Przemek Ustymowicz



Link do płyty za darmo na spotify: https://play.spotify.com/album/6Nx35xHMpcN18qhM4XogPS
Czytaj dalej »

wtorek, 15 września 2015

Neony - Uniform, granie prosto z Wysp Brytyjskich

'' Samo to że jesteś energie wyzwala'' te słowa idealnie opisują druga płytę wrocławskiego zespołu Neony, który kazał czekać na swój drugi album zatytułowany ''Uniform'' dość długi czas. Chociaż nieco spokojniejsza od pierwszej płyty, jednak dalej w klimatach dobrego energicznego nowoczesnego rocka. Na pewno lekkiej inspiracji muzycy zaczerpnęli z brytyjskich brzmień, lecz dalej jest to swoisty klimat, emocje oraz energia Neonów, które doskonale brzmiały w pierwszej płycie '' Niewolnicy Weekendu'' , a po dodaniu nieco elektronicznych motywów wszystko tworzy się w swoisty klimat.



Płyta Uniform zawiera w sobie 10 piosenek, które jak wspomniałem bardzo podchodzą pod granie typowo brytyjskie, ale myślę, że mogę się pokusić o zdanie, że słyszę też tutaj podobieństwo do zespołu Muchy. Oczywiście nie oskarżam o kopiowanie prze chłopaków numerów, lecz niektóre piosenki maja podobny klimat. Czego możemy spodziewać się po płycie? Osobiście płyta wciągnęła mnie w wyjątkową podróż bardzo świeżą, nowoczesną, która z minuty na minute sprawiała, że chciałem brnąć w głąb częstować się niespodziankami i smaczkami tej płyty. Połączenie chwytliwych tekstów  do tego motywy elektroniczne połączone z świetnie brzmiącym basem doprawione brzmieniem gitary Dawida - wszystko to tworzy klimat, który przenosi nas w dobrą nowoczesną 40 minutową podróż. A ją otwiera numer '' Niebieskie Światło'', który moim zdaniem mógł dostać inny numerek w kolejności. Oczywiście nie mówię, że numer nie jest udany, lecz myślę, że pasuje jako lekka przerwa między takimi utworami, jak ''Uniform'' czy ''Ostatni''. Tak wiem, zacząłem od słów właśnie tej piosenki, może jednak coś w niej jest, że pcha się do przodu.
Jeżeli chodzi o teksty nie należą do tych mega skomplikowanych, przy których doszukujemy się sensu przed otwartymi słownikami. Według mnie jest to zupełnie niepotrzebne, zespołowi z Wrocławia, ponieważ sama muzyka uzupełnia prosty, jednak w swojej prostocie bardzo dobry tekst, który w żadnym wypadku nie zalatuje tandetą. Ja dopatrzyłem się tutaj wielu wspomnień, emocji oraz dużo zabawy. Tutaj chciałem wymienić na pewno utwór '' Legalna Moskwa'', który został umieszczony na serwisie YouTube, jako singiel promujący tę płytę. Kiedy usłyszałem tę piosenkę po raz pierwszy, od razu przeszły mnie ciarki. Poczułem tutaj wiele emocji i to bardzo ciekawe brzmienie muzyki. Do tego w tekstach jest wiele odniesień do popkultury co jest bardzo dobrym pomysłem. Oczywiście wszystkie te teksty są doskonale zaśpiewane przez Dawida Zająca.





'' Chętnie się wybiorę z Tobą, na turniej z przeszkodami, zawody z problemami'' -  mogę przytoczyć te słowa na zakończenie tej recenzji. Uniform naprawdę dostarczył mi wiele radości, emocji oraz wiele dobrej muzyki. Utwory takie jak '' Legalna Moskwa'', ''Ostatni'' czy ''Winda'' to prawdziwy majstersztyk muzyki alternatywnej. Świetny wykon wokalny jaki instrumentalny, idealnie połączony z nutką nowoczesnej elektroniki to wszystko kształtuje klimat tej płyty. Każdemu kto jest fanem naprawdę dobrej muzyki prosto z Wysp Brytyjskich myślę, że znajdzie tutaj kawałek swojego brzemienia i kto wie może jak ja powróć kilkukrotnie do Uniformu. Moja skromna ocena to mocna 8, za co? Za piękność w prostocie jeżeli chodzi o teksty, dobrze wyrównane brzmienia elektroniczne, jaki i gitarowe, za dobry wokal oraz jakiś niepowtarzalny klimat Neonów, który naprawdę bardzo lubię z tej jak i z pierwszej płyt zespołu.


Recenzja Przemek Ustymowicz



https://play.spotify.com/album/2R48DGbsUBZWMjOtsOqrW0 - link do płyty za darmo na spotify

Czytaj dalej »

Moja lista blogów