Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X X

czwartek, 10 marca 2016

Bezsensu - wywiad

Dzisiaj wywiadu udzielili mi Panowie z Zielonej Góry, mianowicie zespół Bezsensu. Ich płyta ‘’Wszystko i nie tylko wszystko’’ wywołała u mnie ogrom emocji, przemyśleń nad samym sobą. Warstwa liryczna tekstów, potrafi niesamowicie wpłynąć na człowieka, a oryginalne rozwiązania muzyczne dopełniają całość.
Jako, iż schlebiałem chłopakom w recenzji płyty, zgodzili się odpowiedzieć na kilka pytań ( Oczywiście żartuję, Panowie to świetni ludzie, którzy zawsze odpisują mi na wszystkie moje wiadomości, bez problemu, a pochlebców wiadomo – nikt nie lubi). 

 DI: Co w Bezsensu jest bezsensu?
Karol: Nic
Krzysiek: Szare dni bez koncertów.

DI: Jak widzicie siebie w branży muzycznej za kilka lat?

Arek: Chcielibyśmy móc spokojnie wydawać  płyty i zapełniać coraz większe sale.
Krzysiek:  Jeśli miałbym pomarzyć, to widzę nazwę Bezsensu dużymi literami na szyldzie na przykład  Open’era.

DI: Skąd inspiracje do waszych tekstów, które nie należą do tych łatwych?

Arek: Trudno jakoś niebanalnie odpowiedzieć na to pytanie. Czytamy, oglądamy, obserwujemy… ale nie ma jednego wzoru na tekst, każdy powstał inaczej i z innych pobudek.

DI: Jak postrzegacie wasza ostatnią płytę, czy jest ona dla was jakaś szczególna, czy posiada jakieś głębsze znaczenie ?
Karol: Jako słuchacz postrzegam ją jako dobrze skrojony kawałek muzyki. Idealny do puszczania w Trójce.
Krzysiek:  Kiedy myślę o tej płycie wspominam czas kiedy ją komponowaliśmy, nagrywaliśmy. Wszyscy jakby się uzewnętrzniliśmy, każdy na swój sposób, ale nastrój przy tym był bardzo tajemniczy –  drewniany dom w środku lasu sprawiał wrażenie zaklętego, a my w środku. Słowa, które pojawiły się  w piosenkach  wszystko podkreśliły, bo melodie od samych prób już nam podpowiadały, że będzie to „płyta z lasu”. Można by dużo pisać, ale tak, to dla mnie ważna płyta.
Arek: do takiego pytania łatwiej będzie się zdystansować za jakieś 10 lat, teraz odpowiedź może być tylko jedna.

DI: Czy muzyka jest waszym źródłem utrzymania?

Karol: Tylko wesela!
Krzysiek: To kolejna rzecz bez sensu – czemu to nie może być nasze źródło utrzymania???

DI: Czym dla was jest muzyka?

Karol: Opowieścią do słuchania.
Krzysiek: To jest coś, co mnie kręci. To jak wyścig Formuły 1 dla Roberta Kubicy.


DI: Jak wspominacie wasze początki w świecie muzyki?

Arek: słuchałem The Doors i spóźniałem się przez nich do szkoły, bo musiałem do końca przesłuchać płytę… chłopaki zaraz pewnie Ci powiedzą, jak różnorodne mają doświadczenia i jak zawiła była nasza droga, by spotkać się (muzycznie) w Bezsensu. Dlatego, gdy ktoś nas jednoznacznie szufladkuje i porównuje do jednego zespołu upraszcza sprawę.

Krzysiek: W podstawówce, oprócz przygód z akordeonem i gitarą, pani od muzyki poprosiła mnie, żebym zaśpiewał na zakończenie VII klasy aranżacje Rynkowskiego z Klanu „Szkoła, szkoła jest nowelą”. Później dzieciaki chodziły za mną i mnie udawały. Grałem tez w kościele na gitarze, trochę śpiewało się na jakichś apelach w liceum, pierwsze zespoły, pierwsze gitary.
Marcin:  Zacząłem się uczyć grać na gitarze po tym jak dostałem instrument od cioci, która zrezygnowała z nauki. Pierwsze kroki na basie stawiałem w romskim zespole pobierając nauki od niesamowitego gitarzysty o pseudonimie Zorba, potem poszedłem już swoją drogą poprzez m.in. zespół szantowy i folkowy.
Karol: Nie zwracałem uwagi na muzykę, a na tekst. I szczególnie na ten w którym roiło się od przekleństw. A potem na rytm. I dlatego Święto Wiosny Strawińskiego oraz Dillinger Escape Plan szybko zrobiło na mnie wrażenie.

DI: Jako, że  skład wasz to cztery osoby, to proszę od każdego z was po jednym słowie określającym wasz zespół.

Karol: Praca. W sensie, ciężka praca. A nie praca - idę rano do pracy.
Arek: Wytrwałość.
Krzysiek: To w czym jestem najlepszy.
Marcin: Kreatywność.



DI: Czy muzyka jest dla was rzeczywistością, czy jest to pewnego rodzaju odbiegnięcie od problemów, codzienności  itd.?

Karol: Na pewno - ale też pozwala skupić myśli i skoncentrować się na czymś.
Krzysiek: Różnie można rozumieć to pytanie, ale w sensie dosłownym to obie odpowiedzi są prawidłowe. Chcielibyśmy, żeby to coraz bardziej się równoważyło.


DI: Na koniec, czego słuchacie na co dzień ?

Karol: Iannis Xenakis, Olivier Messiaen, Małe Instrumenty, Zbigniew Karkowski, Aube, Mike Patton, Dillinger Escape Plan, Mr Bungle, Harry Partch, Devin Townsend muzyka tradycyjna, muzyka współczesna, muzyka dawna.
Arek: Słucham bardzo dużo, najłatwiej odpowiedzieć, co w tym tygodniu… Smolik/Kev Fox, Vök, Modest Mouse,  Król, Organek, Kortez, The Dead Weather, Kamp, Sorry Boys, odświeżyłem sobie Kombajn, który był zawsze dla mnie jednym z najważniejszych polskich zespołów, szybko poznałem ich muzykę, są przecież z lubuskiego.
Marcin: polska muzyka alternatywna, folk, world music, zagraniczna, muzyka alternatywna/pop/rock, losowe klipy z youtube, jazz
Krzysiek: Słucham wielu artystów, podobnych do chłopaków, ale na pewno musi mnie to wzruszyć, czy podniecić. Czasami jestem zaskoczony, jak teoretycznie nie lubiany przeze mnie zespół potrafi mnie uwieźć jakimś utworem. No i na pewno na co dzień słucham nagrań z prób 


Czytaj dalej »

poniedziałek, 29 lutego 2016

Ted Nemeth - wywiad

Płyta ''Ostatni krzyk mody'', zespołu Ted Nemeth wywołała u mnie ogromne zaskoczenie, zaciekawienie i wiele świetnych uczuć. Każda z piosenek tworzy różne historie, które możemy w dowolny sposób zinterpretować, a duża doza abstrakcji i ciekawego języka, wprowadza słuchacza w inny świat, stworzony przez Tedów. Samą muzykę można uznać, za garażowe granie, które jest przeplatane dźwiękami syntezatorów oraz dobrymi motywami gitarowymi. Chłopaki z Ted Nemeth zgodzili się odpowiedzieć na kilka pytań, które dla nich przygotowałem.

DI:  Czytałem kiedyś wypowiedź Patryka na temat historii zespołu. Podobno pojechaliście na kajaki i postanowiliście pograć razem po powrocie. Jak było naprawdę? 

PIETRZAK: tak było naprawdę.

DZIWORSKI: Najlepsze zespoły zaczynają na kajakach

DI: W waszych tekstach jest masa przeróżnych wątków. Natomiast najczęściej jest mrocznie, smutno i dosadnie. Dlatego, Ted Nemeth to pesymiści, czy raczej realiści? Ukazujecie w tekstach rzeczywistość, która was otacza? 

PIETRZAK:Ja jestem wszystkimi trzema typami naraz, w zależności od okoliczności. Jestem raczej typem histeryka. Jak jest źle to jest tragicznie, jak jest dobrze to jest euforia. Lubie opisywać rzeczy dookoła siebie, ale niektóre nie są prawdziwe tylko powstały  mojej głowie.

 GIBKI: Nie zastawiam się słuchając piosenki czy podmiot liryczny to pesymista, optymista czy realista. Dobry tekst nie jest na tyle oczywisty by szukać takich uogólnień. Każda komedia jest na swój sposób tragiczna. I odwrotnie.
     
     DI: Nie mogę ukrywać, że piosenka ''Nożownik'' jest jedną z moich ulubionych. Zastanawia mnie czy historia o nożowniku jest prawdziwa, czy jest to po prostu kreacja waszej twórczości? 



PIETRZAK: jest to prawdziwa historia morderstwa na ulicy Piotrkowskiej w Łodzi. Rozłożyliśmy płytę na czynniki pierwsze dla portalu FYH, tam znajdziesz znaczenia numerów „Ostatniego Krzyku”.

DZIWORSKI: Na tą piosenkę złożyło się dośc sporo emocjonalnych rzeczy. Myślę że oparcie jej na prawdziwej historii nożownika który zabił na Piotrkowskiej jest dobrą klamrą która spina całość numeru.



DI: Jakiej muzyki słucha Ted Nemeth? Czy to czego słuchacie wpływa jakoś na waszą twórczość jest inspiracją? 

PIETRZAK: Słucham dużo muzyki. Dużo jeżdżę, więc zaopatrzyłem się w spotify premium. Jest zajebiście wygodne. W domu mam winyle. Ostatnio Howlin’ wolf, Billie Holiday, dopiero niedawno odkryłem Marcy Playground, powrót do LCD Soundsystem, Bardzo fajne broadcasty Nirvany wrzuciło spotify, super wykony na żywo. Mega się jaram tez Hoszpitalem z Poznania, nagrywają właśnie płytę w Łodzi. Kumplujemy się z nimi.

DZIWORSKI: Najbardziej i chyba niezmiennie od długiego czasu – Autolux. Słuchamy też dużo polskiej muzyki. Jestem zakochany w drugiej płycie Blisko Pola.

GIBKI: Ostatnio The Stooges, Courtney Barnett, Nick Cave and the bad Seeds, singiel Dawiada Podsiadło (W dobrą stronę), i nie mogę się uwolnić od płyt „Dobranoc” Lecha Janerki i płyty „I ching” Morawski/Waglewski/Nowicki/Hołdys . 

DI: Czy otoczenie, a dokładniej miasto Łódź, bo dużo go w waszej muzyce jest waszą inspiracją, wpływa na tworzenie, układanie historii? 

PIETRZAK: Tak, wpływa.

DZIWORSKI: Paweł Cieślak powiedział, że to kwestia powietrza w tym mieście. Ma racje

GIBKI: Połowa zespołu mieszka stale w Łodzi, Wojtek mieszka w Mętkowie pod Krakowem, a Patryk dzieli swój czas między Łódź a Warszawę. Jest to jakiś czynnik środowiskowy, który kształtuje postawy, a one mają wpływ na muzykę. Chyba nie gramy muzyki, która miała by być pozbawiona tego elementu, na rzecz kosmopolitycznego zglobalizowania.



DI: Dlaczego akurat Ted Bundy i Richard Nemeth widnieją w waszej nazwie? Jest to przypadek, czy wiążę się z tym jakaś historia? 

PIETRZAK: Samo powiązanie ich to przypadek. Znałem postać bundyego wcześniej, a w jakimś pornosie na sali było zestawienie największych morderców i najgłupszych patenciarzy. Połączyliśmy to. 


DZIWORSKI: Ładne razem brzmią też.




GIBKI: To czysty przypadek.

DI: Jak minęła wam praca nad płytą? 

 DZIWORSKI: Praca nad albumem poszła szybko dzięki podejściu Pawła Cieślaka. Nie jesteśmy wirtuozami, robimy błędy które oczywiście można poprawiać przez co wydłuża się czas pracy, ale cały myk polega na zastanowieniu się czy warto to robić. Nie baliśmy się niczego, byliśmy raczej ciekawi pewnych nieszablonowych rozwiązań. TOTALNIE nie byliśmy przygotowani na sposób pracy w Hasselhoff Studio i to jest piękne.




    GIBKI: Praca nad albumem to ekscytujący czas. Szkoda, że taki krótki bo było bardzo fajnie, a ten krótki czas narzucał pewien rygor i spontan za razem. Było mało powtórek, a przy odsłuchiwaniu opadały nam szczeki.
     
     DI: Jako młody zespół macie trudności obecnie na rynku muzycznym? 

DZIWORSKI: Tak, chyba każdy wie jakie

GIBKI: Nie mamy trudności. Jesteśmy na etapie pracy. Akceptujemy to.
   
     DI: Jak wygląda tworzenie od kuchni w zespole? Przygotowujcie numery wcześniej i staracie się je dopracować, czy raczej stawiacie na luźne schematy i improwizacje?
  
     DZIWORSKI: Przygotowujemy ile możemy a potem studio to weryfikuje. Wtedy niektóre rzeczy zmieniamy lub usuwamy

    GIBKI: Nie jesteśmy zespołem który wszystko wyimprowizuje. Potrzebny jest szkielet wokół którego się dalej pracuje. Rdzeń melodii, akordów i tekstu przynosi Patryk. Aby zrobić z tego piosenkę gramy, słuchamy, poprawiamy, zmieniamy. Aż osiągniemy pożądany rezultat.  Dużo gadamy i każdy dokłada swoje pomysły.
      
     DI: Już na koniec. Jakie jest wasze największe marzenie? 
  
     GIBKI: Duża trasa koncertowa, kluby pełne ludzi, a film dokumentalny o zespole dostaje nagrodę na Sundance.

DZIWORSKI: Nie potrafię tego powiedzieć. Staramy się nie marzyć tylko zapierdalać.









Czytaj dalej »

czwartek, 3 grudnia 2015

Zielone Ludki - Wczesny Retinoll

Uwielbiam stan, kiedy włączam płytę i od razu pojawiają się dreszcze, ale jeszcze lepsza jest sytuacja, gdy dreszcze nie znikają, dopóki płyta się nie skończy. Tak było w przypadku krążka muzyków z Działdowa. Z twórczością Zielonych Ludków zetknąłem się podczas oglądania programu Must Be The Music i już wtedy poczułem, że trafiłem na coś niezwykłego, bardzo oryginalnego, choć przy tym niełatwego w odbiorze. To coś płynęło z samej muzyki, a wzmocnione było osobowościami artystów, w tym przede wszystkim nieszablonowością Koto – Szynszyla, będącego ich znakiem rozpoznawczym. Nie wiem dlaczego, ale od razu zespół ten przykuł moją uwagę. O płycie wiedziałem już dawno, lecz w natłoku spraw umknęła mi ona zupełnie. Na szczęście wraz z kolejną edycją telewizyjnego show zespół przypomniał o sobie.




To prawda, że okładka płyty „Wczesny Retinoll” nie należy do specjalnie przekonywających. Nie rzuca się w oczy, ale też nie odpycha. Prosta, stonowana okładka to w sumie dobry pomysł muzyków, aby należycie powitać nas przed posłuchaniem muzyki. Zawsze wolę umiar od zbędnego przepychu.






Okazuje się, że tytuł płyty jest jednocześnie nazwą rodzaju muzyki, jaki wykonują artyści. Fakt, iż nigdy wcześniej nie spotkałem się z takim terminem, w Polsce czy na Zachodzie, z taką muzyką. I na tym według mnie polega szczególna wartość zespołu, który okazał się na tyle kreatywny, że wypracował swój własny styl – oryginalne i emocjonalne brzmienie, wywołujące u odbiorcy wiele wrażeń.

Przy nagrywaniu płyty wykorzystano dużo syntetycznych brzmień, które docierają do uszu słuchacza, ani nie przeszkadzając, ani nie wywołując efektu znużenia. Wręcz przeciwnie:  znacznie wzmacniają muzyczne doznania. Właśnie to uwielbiam na tej płycie: zdobycze technologiczne wykorzystali muzycy celowo, z jakimś twórczym zamysłem, potrafili użyć nowoczesności tak, aby efekt nie był hałaśliwy czy niezrozumiały.




Oczywiście utwory z płyty nie ograniczają się do samych elektronicznych instrumentów. Świetną robotę wykonał tutaj perkusista zespołu, który uraczył nas ciekawymi rytmami, operując dodatkowo syntezatorem (tak przynajmniej bywa na koncertach). Całość dopełniają prosta gitara,  wygrywająca różne motywy, oraz niezła, mimo że nierzucająca się w ucho, linia basowa. Rezultatem takiego rozłożenia akcentów są spokojne dźwięki, od czasu do czasu przeplatające się z bardziej energicznymi rytmami. Muzyka, którą otrzymujemy, nie jest łatwa w odbiorze. Intryguje i nie tyle może wprawia w melancholię, co przejmuje dreszczem. Oryginalność motywów z pewnością sprawi, że nie wszyscy odbiorą ją tak samo. To wielka sztuka, zważywszy że momentami płyta wydaje się aż nazbyt monotonna. Kryje się w niej jednak jakaś tajemnica, potęgująca wywoływane emocje. 



Jeżeli chodzi o głos Michała Radzimińskiego, to w moim przekonaniu jego barwa stanowi idealne zwieńczenie prezentowanej muzyki. Choć niektórzy pewnie uznają ją za nużącą, mało wpadającą w ucho albo schodzącą na dalszy plan, mnie ona przekonuje, gdyż jest nietuzinkowa i dobrze dobrana do wykonywanych piosenek.  Plus, że jest to barwa głęboka – pozwala to wokaliście wprawić nas w nastrój zadumy i wzmocnić przeżywane przez nas emocje. Jak wspominałem we wstępie, wywołane dreszcze nie mijają po pierwszej piosence. To w dużej mierze także zasługa pana Michała.



Teksty piosenek również zmuszają do przemyśleń. Dotyczą ludzkiej egzystencji i wszystkiego, co nas otacza. Jednak aby to odkryć, trzeba uważnie się w nie wsłuchać. Nie należą one do tekstów łatwych, przy których można pić kawę, oglądać telewizję bądź rozmawiać z przyjacielem, naraz . Teksty te wymagają skupienia. 






Podsumowując: płyta wywołała u mnie pozytywne napięcie, towarzyszące mi od początku do końca. „Wczesny Retinoll” to mnóstwo emocji,  skrywana w dźwiękach tajemnica oraz subtelność doprawiona lekko rockowym brzmieniem. Do tego niebanalne, treściwe teksty, wnoszące coś w nasze życie.
Moje ocena jest wysoka: 8/10, tak na dobry początek. Życzę sukcesów i kolejnych świetnych pomysłów. Mam nadzieję, że Zielone Ludki utrzymają własny styl. Chętnie zobaczyłbym ten zespół podczas koncertu już na dużej klubowej scenie i liczę, że tak będzie.




Recenzja Przemek Ustymowicz,

Korekta Mariola Rokicka 
Czytaj dalej »

wtorek, 24 listopada 2015

Kobiety - Podarte Sukienki

Zespół Kobiety został założony w 1999 roku, ja natomiast usłyszałem o nim dopiero niedawno przy okazji słuchania singla promującego ich nową płytę. To potwierdza, iż w Polsce jest masa świetnych zespół i nawet najbardziej zagorzały fan muzyki, będący na bieżąco z ostatnimi przebojami, zawsze może odkryć w niej coś ciekawego. Zespół pochodzi z Trójmiasta i jak można się dowiedzieć, gra muzykę rockową połączoną z muzyką popową – jest to tzw. avant-pop, choć w moim przekonaniu muzyka proponowana przez Kobiety wymyka się takiej kwalifikacji, reprezentując raczej bliżej nieokreślony gatunek. Dowodzą temu „Podarte sukienki”. 





Krążek zapakowany został w prostą, stonowaną okładkę, która niewątpliwie stanowi jego duży atut. Estetyczny minimalizm, bez przepychu i zbędnych szczegółów, za to z harmonią i w dobrym guście – to właśnie jest to, co lubię. Szkoda tylko, że sukienka przedstawiona na okładce nie jest podarta, jak sugerowałby tytuł płyty, a jedynie pomięta, to okładkę uznaję za w pełni udaną.



Gdybym chciał napisać o muzyce zawartej na płycie, krótko mógłbym napisać: ‘’bez owijania’’.  bo jest to głównie proste, czasem energiczne, a czasem spokojniejsze gitarowe granie, które wywołuje wiele pozytywnych odczuć. Porywa słuchacza delikatnością  i subtelnością muzycznych fraz, ich melodyjnością i wyrazistością. 

Nie brakuje tu lekkich elektronicznych smaczków (wyraźne w piosence „Pod nami rzeka”), jednak w utworach słychać zazwyczaj mało skomplikowane linie gitary rytmicznej oraz dobrze dobrane do nich rytmy perkusji, niebędące na szczęście nieprzyjemnym jazgotem. Wszystko to podkreśla bas, który tworzy znakomite tło rytmiczne. Do tego dochodzą jeszcze dźwięki klawiszy, profesjonalnie uzupełniające inne instrumenty elektroniczne. W rezultacie otrzymujemy brzmienia, przy których odpoczywamy, jednocześnie się nimi delektując. 





Tym, co z pewnością przykuje uwagę słuchaczy, są podsycające emocje psychodeliczne motywy gitarowe, które co jak co, ale potrafią wywołać ciarki na skórze, np. w bardzo spokojnym utworze, zresztą jednym z lepszych na płycie, „LSD’’ taki motyw nadchodzi jak wybuch podczas spokojnego spacerku – podobne zabiegi z reguły nie działają, a tutaj spotkało mnie miłe zaskoczenie.



 


Nie da się ukryć, że cała płyta jest efektem świetnych zabiegów muzycznych. Naprawdę długo myślałem, do czego mógłbym się przyczepić jako recenzent. Niestety... wszystko mi się podoba: lekkość muzyki, która subtelnie koi słuchacza, nawet jeśli są to szybsze utwory, zawarty w niej ogromny ładunek emocji, a przy tym duża ich różnorodność (znajdziemy tu całą gamę uczuć, od złości i rozgoryczenia, przez żal i smutek, po radość i euforię), jak również niebanalne odchodzenie od schematów, przy jednoczesnej prostocie rozwiązań artystycznych.



Stonowane kompozycje umiejętnie przepleciono na krążku bardziej energicznymi utworami, w związku z czym znajdzie tu coś dla siebie zarówno osoba szukająca spokoju i łagodnych brzmień (np. piosenka pt. „Szczęśliwy dzień”), jak i osoba poszukująca czegoś, co pozwoli jej się wyszaleć (np. piosenka pt. „Eksplozja cudów”). Podczas słuchania płyty, z piosenki na piosenkę, wydawało mi się, że każda kolejna jest lepsza niż poprzednia. 

Wieńczy je piosenka tytułowa, czyli „Podarte sukienki”. To w mojej ocenie jedna z lepszych piosenek, jakie udało mi się usłyszeć w tym naprawdę gorącym roku muzycznym, a na pewno najlepsza piosenka tej płyty. Może nie sprawdzi się ona jako radiowy hit, lecz wyjątkowo przenika naszą duszę i na długo pozostaje w pamięci. W dodatku skumulowane są w niej wszystkie emocje , przez co stanowić może doskonałe podsumowanie krążka. Świetna robota!







Dużym plusem jest ponadto wokal Grzegorza Nawrockiego, który dysponując łagodnym głosem, świetnie manewruje między niskimi a wyższymi dźwiękami. Buduje on pewnego rodzaju napięcie, momentami wprost elektryzując słuchacza. Może nie jest to wokalista wybitny, ale faktycznie wkłada serce w to, co robi, i bez przerysowania potrafi oddać rozmaite emocje.

Teksty nie są jakoś szczególnie skomplikowane, ale daleko im do tandety oraz monotonnych radiowych banałów. Są błyskotliwe, proste i dosadne. Być może co wrażliwsi odczują dyskomfort, słysząc słowa: …umrą pszczoły, a meteoryt rozpierdoli cały świat..., ale z drugiej strony po co owijać w bawełnę, składać trudne do bólu metafory i kolorować na siłę piosenki, skoro można wyrazić daną myśl prosto i zwięźle. Co ciekawe, wulgaryzmy wcale nie ujmują  płycie liryzmu. Wzbogaca go natomiast lekko ironiczne spojrzenie na świat – i to kolejna mocna strona tekstów.







Biorąc pod uwagę powyższe spostrzeżenia, śmiało mogę wystawić płycie ocenę 9/10. Dlaczego nie 10? Ponieważ Kobiety to nie Happysad. To oczywiście żart (dla sprostowania: Happysad to mój ulubiony zespół). A poważnie mówiąc, muszę raz jeszcze podkreślić, iż zespół Kobiety przygotował naprawdę ciekawy materiał: oryginalny i różnorodny, pikantny, ale i stonowany, bez przepychu czy zbędnych komplikacji. 

Kobiety jak to kobiety... Lubią skraść serce niejednego mężczyzny. Ja oddaję się im cały i z pewnością wielokrotnie będę wracał do niniejszego krążka. Pani Malwinie, która podesłała mi recenzowane tutaj utwory, serdecznie za nie dziękuję.
Cieszę się, że zespół Kobiety, choć dotychczas niedoceniany, płytą „Podarte sukienki” udowodnił, że należy do pierwszej ligi polskiej sceny muzycznej. Jedyne, czego mogę oczekiwać, to jego kolejne płyty i koncerty. Życzę muzykom samych sukcesów. Oby pozostali przy tym, co udało im się zbudować do tej pory.



Recenzja - Przemek Ustymowicz

Korekta - Mariola Rokicka
Czytaj dalej »

piątek, 6 listopada 2015

Semantyka - Cisza

Odkrycia możemy podzielić na te małe i na te większe oraz na te bardziej lub mniej znaczące. Moje odkrycie nie jest czymś wielkim, ale na pewno jest czymś znaczącym, jeżeli spojrzeć na to oczami fana muzyki. Mianowicie moje małe, lecz bardzo ważne odkrycie to zespół Semantyka, który pochodzi z Łodzi. Ostatnimi czasy wydał on album, który bardziej przypomina EP-kę – sam do końca nie wiem... Jest to dziełko, na które natknąłem się zupełnie przypadkiem – i bardzo dobrze, bo gdyby nie przypadek, możliwe, że nigdy o istnieniu Semantyki bym się nie dowiedział.





Na pierwszy ogień leci okładka, która prezentuje się nadzwyczaj skromnie. Minimalizm, spokój i harmonia są w zasadzie walorami tej okładki, według mnie całkiem udanej i pasującej do zgromadzonego na płycie materiału muzycznego. Czasem lepiej odstąpić od przesady, jedynie lekko zarysowując to, z czym za moment będziemy mieć do czynienia. Naprawdę korzystniej dostać zagadkę z wierzchu i rozwiązać ją po zajrzeniu do środka niż od razu otrzymać gotowe rozwiązanie.



Szybkim krokiem przejdę teraz do muzyki, którą śmiało można określić jako głośną ciszę. I właśnie owo określenie łączy wiele aspektów płyty: sam zespół, muzykę, okładkę etc.

W przypadku recenzowanej przeze mnie płyty muzyka jest głośną ciszą, która nie ma jednak nic wspólnego z hałasem, i to z tego krążka pan Piotr Rogucki powinien zaczerpnąć sposób obchodzenia się z elektronicznym brzmieniem. Po pierwsze nie spotkamy tutaj natłoku fonii, wyzwalającego mało przyjemne uczucie zagubienia i chaosu. Tym samym łatwo przeniknąć do sedna muzyki. Brzmienia nie trzaskają do drzwi, a zaledwie lekko w nie pukają. Po drugie muzyka gitarowa świetnie łączy się z nowoczesnością, wszystko z kolei podkreśla wyrazista linia basowa.





Motywy wykorzystane w utworach tworzą niezwykły, emocjonujący klimat, w którym mam ochotę pozostać jak najdłużej, zagłębiając się w kolejne rejony dźwięków. Co ciekawe, podczas pierwszego odsłuchania krążka muzyka wydawała mi się dość monotonna, jednak z każdym kolejnym odtworzeniem płyty odbierałem ją nieco inaczej i wyczuwałem całkiem inne smaki.



Mógłbym porównać ją tutaj do whisky, która z każdym łykiem zapewnia nam zupełnie inne odczucia. Niemniej jeżeli spróbujemy jej nie w porę lub za szybko, bez odpowiedniego delektowania się nią, możemy spotkać się z rozczarowaniem, a wtedy odstawimy ten trunek, nie dając mu już drugiej szansy. Podobnie jest z tym krążkiem: każdemu radzę posmakować go przynajmniej dwa razy, aby muzyka mogła wywołać w nim różne odczucia i emocje.


Jeśli chodzi o warstwę muzyczną, dostrzegam duże podobieństwo z zespołem The xx, który osobiście uwielbiam – według mnie tak właśnie jak u nich powinny brzmieć instrumenty połączone z elektroniką. Udaje się to osiągnąć również Semantyce, która świetnie łączy ze sobą dwa światy muzyczne, bez fundowania nam przy tym zbędnego wrzasku oraz zgubnego galimatiasu







Wokalistką zespołu jest pani Alicja Migda, dysponująca głosem, który okazał się dla mnie niemałym zaskoczeniem za sprawą jego niskiego brzmienia – spowodowało ono, że gdyby nie słowa, z których wynikało, iż chodzi o kobietę, byłbym przeświadczony, że piosenki wykonuje mężczyzna.

I na tym kończą się superlatywy. Teraz niestety będzie pod górkę. Wokalistka według mnie za mało raczy nas śpiewem, rezygnując z niego na rzecz recytowania. W efekcie otrzymujemy coś na wzór poezji śpiewanej. Linie melodyczne są jak na moje ucho zbyt do siebie podobne, prawie identyczne. Ma to w sobie pewien urok, który niekoniecznie wychwycą wszyscy słuchacze. Co prawda jednolitość ta czyni z poszczególnych historii jedną wspólną opowieść prezentowaną w kilku odmiennych sceneriach, jednak na ogół jest to minus, ponieważ monotonna melodia może znużyć.



Minusem jest też stonowanie wokalu, skutkiem czego ani mnie on nie uniósł, ani nie zdołał pogłębić przeżywanych doznań. Czyżby był to celowy zabieg związany z wciąż powracającym na płycie wrażeniem ciszy? A może tylko wynik zwyczajnego braku „wyrobienia muzycznego”, bo jak wiemy, zespół jest bardzo młodym tworem.


Co do tekstów, w większości są naprawdę mocno liryczne. Da się to wychwycić przy drugim czy trzecim odsłuchaniu, gdyż tak samo jak przy muzyce, tak i przy słowach potrzeba czasu, aby w utworach na pozór schematycznych odnaleźć  niepowtarzalne subtelności





Podsumowując: mimo drobnych niedociągnięć jest to album, który zapada w pamięć. Kiedy się go słucha, chce się jeszcze więcej i więcej. Niestety zostaliśmy uraczeni tylko sześcioma utworami, ale i one smakują wybornie. Pozornie kolejny z wielu mało wyrazistych krążków, skrywa on jednak wiele nietypowych rozwiązań, czym przykuwa uwagę. Nie ma tu natłoku, w którym poruszalibyśmy się jak po śnieżnych zaspach. Przeciwnie: otrzymujemy coś świeżego i lekkiego, gdzie połączenie nowoczesności z gitarami daje wspaniałe brzmienie.
Z czystym serduchem daję płycie 7/10. To na dobry początek przede wszystkim za odejście od schematu, celne połączenie elektroniki z gitarami oraz brzmieniowe wyciszenie. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś usłyszę o Semantyce.


Recenzja, 

Przemek Ustymowicz 

Korekta, 

Mariola Rokicka 


link do płyty za darmo: https://play.spotify.com/album/3iEfqPJToCBF7CfZqgYpr2



Czytaj dalej »

sobota, 24 października 2015

Piotr Rogucki - J.P. Śliwa

Roguc, znany głównie z twórczości związanej z grupą Coma, na pewno szokuje formą swojej trzeciej solowej płyty. Polski rockman i twardy sceniczny drapieżnik w swojej solowej twórczości przemienia się we wrażliwą, niespełnioną osobę. Ogólny zamysł niekonwencjonalności krążka polega na odejściu od formy muzyki jako rozrywki i zamienieniu jej na sztukę, będącej czymś głębszym. 

„J.P. Śliwa” jest dla mnie nie lada wyzwaniem, a na pewno wyzwaniem pozostaje dla samego Roguckiego, który tak właśnie określił tę płytę. Dołączony tekst dramatyczny oraz grafiki jego autorstwa mają pobudzić naszą wyobraźnię oraz skłonić do refleksji, gdyż podobnie jak sama płyta ukazują problemy pokolenia JP2, czyli generacji ludzi będących rówieśnikami artysty. 





Rozgrzewka zaczyna się bardzo dobrze! Okładka jest jedną z lepszych grafik, które miałem przyjemność oglądać. Drobna abstrakcja z nieprzesadzoną kolorystyką pozwala szybko wejść w klimat, w jakim płyta jest utrzymana. Na pewno serce to adekwatny symbolem tematyki poruszonej przez Roguckiego.



Zacznijmy od dźwięków, które z pewnością nie są związane z brzmieniową prostotą muzyki rockowej. Otóż otrzymujemy ogrom zróżnicowanych brzmień, zaczynając od syntezatorów i klawiszy, a kończąc na standardowych sześciu strunach, których jednak nie słychać za wiele. 

Niestety słuchacze mogą pogubić się w formie muzycznej, z którą ja sam miałem problem – ciągłe wrażenie chaosu, afektacji oraz niepotrzebnego skomplikowania formy. Nie wiem, czy jest to celowy zabieg, czy po prostu lekka przesada i zabawa Roguckiego z dźwiękami, która nie do końca wyszła płycie na dobre i może przypominać ona zabawę małego dziecka z zabawkami. 






Oniemiałem, kiedy po utworze ''Mama 01'' nastąpił kawałek ''Emotions'' – może on wprawić w osłupienie niejednego zatwardziałego znawcę muzyki, dodajmy: jakiejkolwiek. Następstwo mocnego brzmienia oraz natłoku instrumentów po melancholijnym spacerze jest jak szok termiczny. Całe szczęście utwór ''Emotions'' ratuje sama końcówka, która po przearanżowaniu na nową piosenkę wyszłaby świetnie. Dlatego uważam, że płyta jest to zlepek dobrych, lecz mało komercyjnych utwór oraz tych, które wyszył, nie tak jakbym tego oczekiwał, a na pewno po zapowiedziach, przez artystę.  


Zdziwieniem był dla mnie sam wykony artysty, która popisał się świetną barwą głosu, który przekonująco wprowadza nas w historię, co ostatnio nie należało do atutów Roguckiego. Ciekawym rozwiązaniem było zaproszenie innych muzyków do współpracy przy płycie: m.in w utworze ''Vision of Sound'' mamy okazję posłuchać Klaudii Wieczorek,  natomiast piosenkę ''Płyń'' wzbogacił wokal Izoldy Sorenson.




Oczywiście propozycja takiej muzyki tchnie świeżością. Lubię syntetyczne brzmienia wplatane w kulturę rockową, niestety nie do końca udało się to naszemu artyście. Na płycie są momenty dobre muzycznie oraz te, które niestety wypadły całkowicie źle, stąd moje zagubienie. Całość pomyślana została jako spójna forma, jednak jak dla mnie tworzy labirynt, z którego przy pierwszej próbie można się nie wydostać, a momentami chyba sam Rogucki się w nim gubi.
  


Jeżeli chodzi o treść, to płyta miała w zamyśle przedstawiać historię chłopca z pokolenia JP2, który pragnął dokonać wielkich czynów, niestety nie udało mu się tego osiągnąć i jest teraz  niespełnioną osobą pracującą gdzieś na emigracji. Jak podkreśla artysta, ze swym przekazem chciał trafić do różnych grup wiekowych. 

No i tutaj zaczynają się schody, bo jak zrozumieć taką historię komuś, kto reprezentuje już inne pokolenie? Nie jestem w stanie zrozumieć płyty w pełni - tworzy ona mały konflikt pokoleniowy, ponieważ głębi historii nie dostrzegłem, a w dodatku teksty Roguckiego znane są ze swojej niedosłowności oraz abstrakcji, dlatego cała płyta nie jest łatwa w odbiorze, natomiast są momenty na płycie , które można uznać, za naprawdę dobry liryk.


Na pewno nietrafionym połączeniem jest mieszanie tekstów w języku angielskim z tekstami polskojęzycznymi. Niewiele to wnosi do interpretacji utworów, utrudnia za to ich odbiór, ponieważ nie każdy musi na tyle swobodnie operować językiem obcym, by właściwie zrozumieć całość tekstu. 







Rzecz jasna płyta oferuje nam kilka dobrych smaczków, zarówno pod względem muzyki, jak i tekstów. Na pewno jej ogromnym plusem jest ujęcie muzyki jako twórczości z przekazem oraz próba ukazania jej wrażliwości 

Osobiście nie dostrzegłem spójności historii, która tylko lekko rysowała się w mojej wyobraźni, a same piosenki zostały za bardzo przyprawione co spowodowało chaos. Dodatkowo łączenie języka obcego z naszym ojczystym powoduje, że płyta staje się mniej zrozumiana.

Moja ocena jest bardzo surowa tj. 4/10. Pomysł był świetny, niestety wyszedł cierpki zakalec, który w połowie jest do zjedzenia, natomiast reszta nie.  Lubię twórczość Roguckiego szanuję go bardzo, jako muzyka oraz jego pomysł, lecz myślę, że wydał on na świat o wiele lepsze rzeczy, niż ''J.P. Śliwa''.




Recenzja,

Przemek Ustymowicz

Korekta,

Mariola Rokicka


link do płyty za darmo :https://play.spotify.com/album/6LHmCOfejQEOoXpFztfHL2
Czytaj dalej »

Moja lista blogów